Wrażliwość społeczna

8 grudnia br. dr Jan Kulczyk złożył przed sejmową komisją śledczą oświadczenie, w którym powiedział m.in., że Kulczyk Holding i France Telecom zapłaciły za akcje Telekomunikacji Polskiej 9 mld zł więcej niż wynosiła ich cena rynkowa.

Wpłata ta, przypomniał dr Kulczyk, "zapewniła budżetowi państwa środki na wykup obligacji państwowych, a sytuacja była do tego stopnia napięta, że decydowały godziny. O ile pamiętam, budżet musiał uzyskać środki z tej prywatyzacji do godziny 14. (...) W przeciwnym razie państwo polskie nie miałoby pieniędzy na konieczny wykup obligacji wyemitowanych przez Skarb Państwa m.in. od międzynarodowych wierzycieli".

Wynika z tego, że przynajmniej w opisywanym momencie państwo polskie znajdowało się na skraju utraty płynności finansowej. Czy tylko tym razem, czy też takie momenty zdarzają się naszemu państwu znacznie częściej? Na jakie ustępstwa gotowy jest w takich momentach iść rząd polski, jeśli akurat dr Kulczyk nie mógłby zmobilizować środków, by przyjść państwu na ratunek? W jaki sposób Rzeczpospolita odwdzięcza się Janowi Kulczykowi za dołożenie nie tylko własnych pieniędzy, ale i namówienie France Telecom do przepłacenia za akcje TP S.A., żeby tylko Polska nie zginęła? Wreszcie - dlaczego państwo nasze wpędza się w takie sytuacje? Czy z lekkomyślności, głupoty rządzących nim dygnitarzy, czy też czyjejś złej woli?

Reklama

Idee mają konsekwencje

Wszystko wskazuje na to, że praprzyczyną tych wszystkich kłopotów jest pewna skłonność, zwana "wrażliwością społeczną". Wrażliwość społeczna polega na tym, że wrażliwiec nie może przejść obojętnie obok czyjegoś problemu, żeby natychmiast mu nie zaradzić. Ponieważ w zasadzie nie ma problemu, któremu nie mogłyby zaradzić pieniądze, wrażliwcy próbują rozwiązać każdy problem przylepianiem nań złotego plastra. Problemów, jak wiadomo, jest na tym świecie bez liku, toteż ta metoda ich rozwiązywania jest niezwykle kosztowna. Tak się akurat składa, że wrażliwcy społeczni mają znacznie więcej wrażliwości niż pieniędzy, preparują złote plastry z pieniędzy odebranych innym. Ta metoda sprowadza się do tego, że wrażliwcy odbierają pieniądze wszystkim, żeby następnie dać je niektórym. W stosunkach między zwykłymi ludźmi nazywa się to rabunkiem, ale jeśli takiego rabunku dokonuje państwo, nazywa się on "redystrybucją". Pierwszą zatem konsekwencją wrażliwości społecznej jest rabunek obywateli.

Ale zasoby obywateli nie są nieskończenie wielkie, podobnie jak ich dochody. Tymczasem koszty rozwiązywania problemów stale rosną, wskutek czego wytwarza się nieznośne napięcie między potrzebami, a możliwościami. Napięcie to potęguje przychodząca obywatelom z pomocą litościwa natura w postaci tzw. efektu Laffera. Polega on na tym, że państwo nie może podnosić podatków ponad określony poziom. Jeśli obciążenia podatkowe obywateli przekroczą ten poziom, dochody państwowe zaczynają spadać. Przyczyny są proste; jest wiele firm, które zachowują rentowność przy, dajmy na to, konfiskowaniu im 15 proc. dochodów. Jeśli zatem podatek wzrośnie do 20 proc. te firmy upadną i od nich nie będzie nie tylko wyższego podatku, ale w ogóle żadnego. Podobnie ludzie; przy 15 procentach jeszcze nie oszukują, ale przy 20 - instynkt samozachowawczy i poczucie odpowiedzialności skłania ich do szukania schronienia w "szarej strefie", gdzie, jak wiadomo, żadnego podatku się już nie płaci. W Polsce efekt Laffera wystąpił niedawno bezpośrednio przy kolejnej podwyżce podatku akcyzowego, a pośrednio działa w sposób trwały, o czym przekonuje nas fakt, iż prawie 30 proc. Produktu Krajowego Brutto wytarzane jest właśnie w "szarej strefie". Nietrudno zatem się domyślić, że wrażliwcy społeczni potrzebują znacznie więcej pieniędzy, niż można ściągnąć z obywateli w postaci podatków. Dlatego też zatwierdzają kolejne budżety państwa z deficytem, czyli nadwyżką wydatków nad dochodami. Gdyby tak postępował zwykły człowiek, powiedzielibyśmy, że żyje ponad stan i raczej byśmy go za to krytykowali. Dygnitarze państwowi za takie samo postępowanie są jednak bardzo chwaleni z powodów, o których już ponad 150 lat temu pisał Fryderyk Bastiat w książce "O tym, co widać i o tym, czego nie widać".

Na przykład, w projekcie przyszłorocznej ustawy budżetowej, nad którą kończą się już prace, zaplanowano 35 mld zł deficytu budżetowego. Oznacza to, że rząd będzie musiał w trakcie roku znaleźć skądś 35 mld zł, bo w przeciwnym razie państwo straci płynność finansową. Tak naprawdę musi znaleźć znacznie więcej, bo długi samych tylko szpitali, o których w ustawie budżetowej cyt, sięgają kwoty od 8 do 10 mld zł. Być może zatem posłanka Zyta Gilowska, sugerująca, że rzeczywisty deficyt sięga nie 35, a prawie 60 mld zł, nie jest daleka od prawdy. Żeby znaleźć te pieniądze, rząd ma w zasadzie dwie możliwości: wyprzedawać się z państwowej własności, a resztę pożyczać. Z pożyczkami jednak jest taki problem, że pożyczone pieniądze trzeba oddawać. I na tym właśnie tle dochodzi do sytuacji, o których wspomniał dr Jan Kulczyk w oświadczeniu złożonym przed sejmową komisją śledczą.

W niewoli u lichwiarzy

Rząd pożycza pieniądze emitując obligacje skarbowe, tzn. papiery wartościowe, opiewające na konkretną kwotę, które rząd zobowiązuje się wykupić w określonym terminie za nominalną sumę, powiększoną o oprocentowanie. Do tej pory kolejne rządy zdołały zadłużyć państwo na sumę około 110 mld dolarów, bo tyle mniej więcej wynosi aktualny dług publiczny, a więc suma zadłużenia zagranicznego i krajowego. Dr Kulczyk wspomniał o "wierzycielach międzynarodowych". Skąd ci wierzyciele mają tyle pieniędzy, że mogą je pożyczać nie tylko naszemu państwu, ale i wielu innym, podobnie zarządzanym? Niewiarygodne, ale właśnie z wrażliwości społecznej. Wrażliwe społecznie rządy pragną bowiem uchronić swoich obywateli przed nieprzyjemnymi niespodziankami i zmuszają ich, żeby na wszelki wypadek się ubezpieczali. Najbardziej powszechne są ubezpieczenia na starość, czyli tzw. ubezpieczenia emerytalne, ale jest też wiele innych. W Polsce z tytułu ubezpieczeń emerytalnych rząd konfiskuje każdemu obywatelowi co najmniej połowę rocznego dochodu. Te pieniądze częściowo przeznaczane są na realizowanie zobowiązań zaciągniętych przez państwo wcześniej, a częściowo przekazywane funduszom emerytalnym i innym instytucjom finansowym, które je "inwestują". Co to znaczy, że "inwestują"? Ano, między innymi to, że kupują od rządu obligacje skarbowe, inkasując następnie "zysk bez ryzyka" w postaci odsetek. Ale skąd rządy biorą pieniądze na wykup obligacji, tzn. również na zapłacenie swoim wierzycielom odsetek? Ano, odbierają je od podatników, to przecież jasne. Okazuje się zatem, że obywatele muszą za wrażliwość społeczną zapłacić dwukrotnie: raz - jako osoby ubezpieczone płacą "składkę" ubezpieczeniową. Trafia ona do funduszy emerytalnych, które ją "inwestują" w rządowe papiery. Rząd je następnie wykupuje, a pieniędzy na ten wykup muszą dostarczyć znowu obywatele, tym razem już jako podatnicy. I tyle maja z tej społecznej wrażliwości. Jedynymi, którzy naprawdę na niej zarabiają, są lichwiarze, pobierający prowizję za spełnianie wobec rządów funkcji skarbonek, dzięki którym państwowi dygnitarze mogą uprawiać społeczną wrażliwość wobec obywateli i oczywiście - na ich podwójny koszt. W rezultacie nadwyżki produkcyjne całego społeczeństwa trafiają do lichwiarzy, pasożytujących na narzucanych przez rządy przymusach. Lichwiarze zatem pełnią wobec obywateli państw demokratycznych funkcję właścicieli niewolników, zaś wrażliwe społecznie rządy - rolę dozorców niewolników.

Stanisław Michalkiewicz

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: wrażliwość | france telecom | Jan Kulczyk | wykup | france
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »