Rafał Woś: Zbijanie inflacji do celu to kosztowne szaleństwo

Powoli żegnamy czasy, gdy martwiła nas zbyt wysoka inflacja. Zaraz trzeba będzie zadbać o to, by nie była... zbyt niska.

Już słyszę te odgłosy oburzenia. Co???!!! Inflacja za niska???!!! Co ten Woś znowu wymyśla??? Zabrać mu mikrofon. I klawiaturę! I wysłać drania do Zimbabwe czy innej Wenezueli!!

Ale spokojnie. Tyko bez histerii. Wdech - wydech. Wdech - wydech. Wstrzymajcie powietrze na 30 sekund. Wypuśćcie. Co bardziej nerwowi - albo nawykli wyłącznie do liberalnej sieczki ekonomicznej - mogą powtórzyć ćwiczenie dwa albo trzy razy. Już lepiej? No to, przeczytajcie dalej.

Sposób na gospodarcze harakiri

Otóż tak jest! Inflacja może być za niska. Zbijanie jej poziomu przy pomocy dostępnych w kapitalistycznej gospodarce środków (wysokie stopy procentowe, mrożenie płac, cięcia wydatków publicznych) może zadziałać niczym włożenie chorego do rozgrzanego pieca na "pięć zdrowasiek". Albo każda inna źle dobrana i zbyt forsowna terapia. Owszem - może i pokona chorobę. Niestety za cenę śmierci lub trwałego kalectwa pacjenta. 

Reklama

W wypadku inflacji zadziała to tak, że wzrost cen może i spadnie do celu inflacyjnego. Albo i poniżej. Ale przy okazji zbyt drogi kredyt zabije przedsiębiorców, mrożenie pensji zuboży pracowników, a cięcie wydatków publicznych odbierze wszelką nadzieję tym, którzy znajdą się bez pracy i środków do życia. Mówiąc w skrócie: obsesyjna walka z inflacją to gotowy i uniwersalny sposób na zrobienie sobie gospodarczego i społecznego harakiri. I nie jest to tylko podręcznikowa symulacja. Takie rzeczy się zdarzały. Także w Polsce. By wymienić tylko terapię szokową Balcerowicza u progu III RP czy jej dogrywkę, którą zafundował nam pod koniec lat 90. rząd AWS-UW.

Na całe szczęście w czasie obecnej inflacji polskie elity ekonomiczne okazały się już dużo mądrzejsze niż ich poprzednicy. I nie poszły za radami przeróżnych ekonomicznych radykałów, którzy nie zostawiali suchej nitki na NBP za to, że nie podwyższa mocniej stóp procentowych. A na rządzie za to, że nie tnie wydatków, nie likwiduje programów socjalnych i nie kupuje tezy o "spirali cenowo-płacowej". Ładnie byśmy dziś wyglądali, gdyby wtedy - czyli w latach 2021-2022 - pójść za radami antyinflacyjnych.

Ale życie toczy się dalej. Inflacja w końcu spada. Jeszcze miesiąc-dwa a zmniejszy się do poziomu jednocyfrowego. Oznacza to, że zbliżamy się do momentu, w którym inflacja ze zbyt wysokiej zacznie się zmieniać w optymalną. Spytacie pewnie, co to znaczy optymalny wzrost cen? Właśnie to trzeba będzie w nadchodzących miesiącach przegadać i ustalić przy pomocy dostępnych nam mechanizmów cywilizowanej demokratycznej debaty ekonomicznej. Liberałowie będą pewnie mówili, że nie ma co wydziwiać, a inflacja optymalna to taka, która mieści się w tzw. celu inflacyjnym. Czyli w przedziale 2,5 proc. Plus - minus 1 proc. W skali roku.

Ale może właśnie trzeba trochę "powydziwiać"? Bo cóż to jest ten cel inflacyjny? Brzmi dobrze, nie powiem. Jak każdy mierzalny cel, którym można się zasłonić i powiedzieć, że się do niego zmierza. Ale trzeba też pytać o sens takiego celu. Oraz zauważyć, że koniec końców cel inflacyjny to nic innego, jak wzięta z powietrza cyferka. W Polsce bank centralny ustalił ją na poziomie 2,5 proc. w roku 2004. Czyli niestety w czasach, gdy z lubością - i bez większej refleksji - importowaliśmy wszystkie ekonomiczne mądrości z Zachodu niczym jakiś uzależniony od zachodnich marek rosyjski nuworysz sprzed inwazji na Ukrainę. Nikt nie pytał za bardzo, czy te 2,5 proc. pasują do naszego poziomu rozwoju. Liczyło się, że trzymamy rękę na pulsie nowinek płynących z rozwiniętego świata.

Ekonomiczne szaleństwo

A przecież nawet na wspomnianym Zachodzie ten cel inflacyjny to nie jest żaden Święty Graal. Nie ma też jakiejś szalenie długiej historii. Ogłaszanie przez bank centralny, do jakiej inflacji będzie dążyć upowszechniło się w latach 90. Najpierw w Europie, a dopiero później (już w XXI wieku) w USA. Wyznaczono go na poziomie właśnie 2-2,5 proc. inflacji w skali roku. Ale dlaczego tyle? No cóż. Bo tak się... wydawało. Uznano, że to są rewiry, które z jednej strony pozwalają na generowanie jakiegoś rozwoju ekonomicznego (o który trudno, gdy ceny stoją albo spadają), a z drugiej strony te 2 proc. to na tyle mało, że ludzie nawet nie zauważą. Bolesna prawda jest jednak taka, że nie stały za tym żadne solidne wyliczenia. 

Nie ma zbyt szerokiej i konkluzywnej literatury wskazującej, że cel inflacyjny akurat na poziomie 2-2,5 proc. dobrze służy gospodarce. Patrząc na problemy z gospodarczym wigorem, jakie bogaty Zachód przeżywa w ostatnim 15-leciu, można by nawet dowodzić czegoś dokładnie przeciwnego. A mianowicie, że to zbyt wyśrubowany cel inflacyjny hamuje od lat rozwój ekonomiczny i wzrost płac realnych w zachodnich gospodarkach. 

Wszystko to powinniście wiedzieć, zanim następny raz dacie się złapać w pułapkę. Polegającą na przekonaniu, że inflacja musi zmieścić się w celu, a jak się nie mieści to - jak na teście w szkole - zadanie niezaliczone. To nie tak. Polska jest dziś na takim etapie swojego rozwoju, w którym chce i może się rozwijać. Szybciej niż zachodnia konkurencja. Zbijanie inflacji do zbyt niskich poziomów może nam te plany uniemożliwić.

Zbliżamy się więc do momentu, gdy trzeba będzie zadać sobie pytanie. Czy wyznaczony w roku 2004 cel inflacyjny nie jest zbyt niski? I czy nie byłoby rozsądniej po prostu go trochę podnieść? I czy zbyt "prymusowskie" trzymanie się obecnych 2,5 proc. to nie jest kosztowne - oraz zupełnie niepotrzebne - ekonomiczne szaleństwo.

Rafał Woś 

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Felietony Interia.pl Biznes
Dowiedz się więcej na temat: inflacja | Rafał Woś
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »