Eksportowanie stalowego kryzysu

W południowej Europie spada popyt na stal. Rośnie tam więc jej eksport. A to potęguje skutki nadprodukcji u importerów. Pod naciskiem polityków nie likwiduje się jednak nadmiaru mocy wytwórczych.

W południowej Europie spada popyt na stal. Rośnie tam więc jej eksport. A to potęguje skutki nadprodukcji u importerów. Pod naciskiem polityków nie likwiduje się jednak nadmiaru mocy wytwórczych.

World Steel Association przewiduje, że jawne zużycie stali na świecie w 2013 roku wzrośnie o 2,9 proc. W roku 2014 spodziewany jest dalszy jego wzrost o 3,2 proc. To jednak koniec dobrych wiadomości dla europejskiej branży hutniczej. Szczegółowe prognozy różnią się bowiem w zależności od tego, którego regionu świata dotyczą.

Dla Unii są akurat gorsze: w roku 2013 oczekiwany jest dalszy spadek zapotrzebowania na stal we wszystkich jej 27 krajach członkowskich.

W Polsce, według Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, produkcja stali spadła w 2012 roku o 4,7 proc. Produkcja stali dla budownictwa spadła aż o 22 proc. Kurczy się rynek budownictwa drogowego. W ArcelorMittal Poland przewidują, że taki trend utrzyma się aż do końca tego roku. A jeszcze w 2008 roku branża hutnicza cieszyła się wyjątkową wprost koniunkturą...

Reklama

- Ten makroekonomiczny sukces zawdzięczaliśmy przede wszystkim dużej aktywności inwestycyjnej - tłumaczy Robert Agh, prezes Ferony Polska.

Ówczesna fala optymizmu, zalewająca zwłaszcza południe Europy, wytworzyła atrakcyjną przestrzeń dla inwestycji w budownictwie, co pozytywnie wpłynęło zarówno na produkcję, jak i na sprzedaż wyrobów hutniczych.

Gdy nadszedł kryzys, sytuacja uległa jednak diametralnej zmianie.

- Produkcja stali surowej w Europie spada na wszystkich ważnych rynkach.

Najlepiej widać to w Hiszpanii i we Włoszech - komentuje Sanjay Samaddar, prezes zarządu spółki ArcelorMittal Poland.

- Rzeczywiście, hiszpański i włoski przemysł hutniczy odczuwa kryzys wyjątkowo dramatycznie - przyznaje Robert Agh.

- Z trudną sytuacją, spowodowaną przede wszystkim kryzysem w strefie euro, zmagamy się w Europie już od 4 lat. I wygląda na to, że jeszcze to potrwa - kontynuuje Samaddar. - Z pewnością minie sporo czasu, zanim pozytywne efekty poprawy wzajemnego zaufania zaczną być w gospodarce odczuwalne.

To, że dzisiejszy stan europejskiego sektora stalowego ma związek ze spadkiem liczby zamówień składanych przez budownictwo, jest oczywiste dla wszystkich obserwatorów rynku.

- Dla naszej branży zawsze było ono najważniejsze - Iwona Dybał, prezes Polskiej Unii Dystrybutorów Stali, również zgadza się z tym poglądem.

- To właśnie to, co stało się z budownictwem, spowodowało spadek produkcji stali w Europie o prawie 5 proc. Kłopoty mają także dystrybutorzy.

Udział Unii Europejskiej w światowym popycie na stal zmalał do 11 proc. A jej zużycie spadło w krajach Wspólnoty o ponad 9 proc.

Cios

Uderzenie było mocne i dotkliwe.

Z raportów analityków wynika bowiem jasno, że po roku 2008 właśnie rynek budowlany, a więc także rynek stali dla budownictwa, ucierpiały najbardziej.

- W roku 2009 ceny stali zbrojeniowej spadły o 45,5 proc. Ceny blach strukturalnych - o 44,8 proc. - wylicza Julia Mihalkina, ekonomistka IHS Global Insight. - W obu przypadkach ceny jeszcze się nie odbudowały i pozostają poniżej tych sprzed pięciu lat.

Niestety, na razie jest tak, jak prognozuje Sanjay Samaddar: nie widać zapowiedzi szybkiej zmiany na lepsze. Iwona Dybał, podobnie jak on uważa, że mała aktywność branż stalochłonnych utrzyma się zapewne do końca roku, a oczekiwana zmiana nastrojów na rynku nastąpi być może w połowie roku 2014.

- Przewidujemy, że ceny stali dla budownictwa w Europie pozostaną w tym roku na niskim poziomie.

Ewentualne ich obniżki będą jednak ograniczone, bo te obecnie obowiązujące ledwie pokrywają koszty. Nie spodziewamy się także wzrostów, gdyż rynek budowlany wciąż pozostaje słaby - dodaje Julia Mihalkina. - Ceny zaczną się odbudowywać dopiero w roku 2014, gdy lekko wzrośnie zapotrzebowanie budownictwa na stal.

Obecną zapaść najmocniej odczuwa Południe Europy. Liczby robią wrażenie: według danych World Steel Association, podczas gdy średni spadek jawnego zużycia stali w państwach Unii Europejskiej wyniósł 9,3 proc., to we Włoszech i Hiszpanii przekroczył 18.

- Problemy wynikają głównie z ogólnie złego stanu gospodarczego tych krajów, który powoduje drastyczne ograniczenie zapotrzebowania na stal. W niektórych sektorach praktycznie zanikło ono zupełnie - mówi Janusz Cichoń, prezes spółki Salzgitter Manesmann Stahlhandel. - Sytuacja w tamtej części Europy przekłada się na to, co dzieje się w pozostałych krajach.

Zdaniem Jakuba Gróbarczyka, dyrektora handlowego Serwistalu, nie można jednak mówić o zaskoczeniu.

Taki geograficzno-ekonomiczny podział kontynentu istniał bowiem w branży stalowej już wcześniej.

- Nie widzę, żeby teraz jakoś mocniej się zaznaczył. Zawsze było tak, że południowe rynki były bardziej rozchwiane, bardziej podatne na zmiany koniunkturalne: gdy szło ku lepszemu, było wspaniale, gdy sytuacja się pogarszała, to od razu tragicznie - wyjaśnia dyrektor Gróbarczyk. - Teraz akurat rozgrywa się ten drugi scenariusz.

Rykoszet

Problemy, które przeżywają kraje z Południa Europy, potęguje nadprodukcja stali, która utrzymuje się już od kilku lat.

- Generalnie wytapia się tam dużo stali i gdy lokalne rynki nie są akurat w stanie jej wchłonąć, producenci próbują szukać nabywców za granicą.

W ten sposób powstaje dodatkowa presja cenowa i potęgują się skutki nadmiernej podaży stali, która w Europie jest i tak spora - mówi Janusz Cichoń.

Producenci stali z Południa są jednak silnymi graczami. Szukając zbytu za granicą, wywierają rzeczywiście mocną presję na całą Europę i w zasadzie na wszystkie segmenty jej gospodarki.

Skutków działania tego mechanizmu doświadczyliśmy niedawno także w Polsce. Dokładniej na rynku rur, gdy nasi producenci próbowali podnosić ich ceny.

- Owszem, lekko drgnęły. Ale udało się je utrzymać zaledwie przez 2-3 miesiące - przypomina Janusz Cichoń.

- Koniec końców, ceny nie wzrosły, nawet mimo tego że przy tak niskim ich poziomie, produkcja oscyluje zaledwie wokół granicy opłacalności.

Niektóre firmy zmuszone były nawet zatrzymać linie produkcyjne.

Konsekwencje tej walki o przetrwanie, niejako rykoszetem uderzają zresztą także w samą konkurencję z Południa: ma wyższe koszty, traci więc część zamówień.

Zjawisko to Zbigniew Ronduda, prezes Odlewni Polskich, dostrzega także w swojej branży. Jego firma przejęła ostatnio część zamówień, kierowanych poprzednio do odlewni w Hiszpanii i we Francji.

- Nowoczesne odlewnie sobie poradzą.

Mam jednak wrażenie, że te starsze stracą na konkurencyjności i nie poradzą sobie z kosztami.

Presja

Wstrzymywanie produkcji często zdarza się w ostatnich latach w całej Europie. Według organizacji Eurometal, zużycie jawne stali w Unii spada już od roku 2007, gdy sięgnęło szczytu 201 mln ton. Do roku 2011 zmniejszyło się do 157 mln ton. W roku 2012 wyniosło 142 mln, na rok 2013 przewiduje się dalszy jego spadek do 138 mln ton.

Nie zmniejszają się jednak równocześnie moce produkcyjne. Choć są mniej wykorzystywane, najwyżej chwilowo wyłącza się jedynie niektóre linie produkcyjne. Co oczywiście tylko w niewielkim stopniu poprawia sytuację producentów, bo utrzymywanie zbędnego potencjału w stałej gotowości jest przecież kosztowne.

Zdaniem Jürgena Nussera, dyrektora zarządzającego Eurometalu, zmiana trendów rynkowych umożliwi odzyskanie najwyżej 20 z prawie 60 mln ton utraconych po roku 2007. Reszta, według niego, przepadła bezpowrotnie.

- Z tych 60 mln ton, 20 to rezultat pęknięcia bańki inwestycyjnej w roku 2007. Kolejnych 20 mln wynika ze zmian strukturalnych. Tylko utrata 20 mln ton jest skutkiem recesji - przekonuje i dodaje, że jeśli weźmie się pod uwagę fakt, iż mocy produkcyjnych w Europie cały czas przybywało, dochodzi się do wniosku, iż zlikwidować należałoby nawet ich trzecią część.

Na razie jednak szanse na realizację takiego scenariusza wydają się niewielkie, bo likwidacji zakładów hutniczych sprzeciwiają się rządy praktycznie wszystkich krajów Europy. Powód jest oczywisty: to zwykle duże zakłady, które, wraz z firmami pracującymi na ich potrzeby, zapewniają pracę setkom tysięcy ludzi.

- Proces zmian jest powolny. Wszyscy wiedzą, że potencjał wytwórczy jest zbyt duży, że nadprodukcja sięga 25 proc., ale naciski polityczne powodują, że koncerny hutnicze nie wyłączają na stałe swych linii, sztucznie podtrzymując poziom zatrudnienia - dodaje Jerzy Bernhard, prezes Stalprofilu.

Próba sił

Głośne próby likwidacji hut w Taranto we Włoszech i we Florange we Francji potwierdzają tylko ogólną tendencję.

W tym ostatnim przypadku rząd groził nawet nacjonalizacją zakładów. Ostatecznie, ich właściciel - ArcelorMittal - postanowił wygasić piece. Ale ich nie rozebrał.

- Dotąd było tak, że gdy huty miały problemy finansowe i chyliły się ku upadkowi, zawsze pojawiał się nowy inwestor, który uruchamiał nowe środki i dalej produkował - mówi Janusz Cichoń. - Problem nadprodukcji w Unii jest w dużej mierze problemem politycznym.

- Czeka nas kosztowna droga - twierdzi Ralph Oppenheimer, prezes handlującej stalą brytyjskiej firmy Stemcor i Steel Trade Study Group w Eurometalu. - Będziemy potrzebowali pomocy rządów.

Te jednak wciąż obstają przy swoim.

Świeżym przykładem ilustrującym ich powszechnie stosowaną strategię może być to, co stało się w hucie Zelezara Smeredovo w Serbii. Najpierw ją zamknięto, by ponownie otworzyć po 9 miesiącach przestoju. Inicjatorem wznowienia produkcji był oczywiście serbski rząd, który otwarcie przyznaje, że chodzi mu o ratowanie miejsc pracy i oświadcza, że znajdzie dla huty strategicznego partnera.

Zdaniem przedstawicieli branży, takie postępowanie jedynie odwleka nieuniknione redukcje.

- Miejsca pracy w nadmiernie rozbudowanym hutnictwie i tak prędzej czy później zostaną stracone - zapowiada Jerzy Bernhard. Przypomina jednak, że na sytuację panującą na unijnych rynkach wpływają także koncerny hutnicze spoza Europy. Również one rozbudowują swoje moce przetwórcze i próbują wchodzić na nowe rynki zbytu.

Na przykład tureccy producenci stali zapowiadają, że do roku 2023 sięgną po prymat w Europie. Zapowiadają, że będą wytapiać 85 mln ton stali rocznie.

I zwracają się do rządu o wsparcie ich planów. Naturalnym kierunkiem eksportu będzie dla nich Bliski Wschód i Północna Afryka. Jeżeli sytuacja polityczna będzie w tej części świata w miarę stabilna, mają szansę ulokować swoją stal na tamtejszych rynkach. Jeśli nie, szukać będą dla niej miejsca w Europie. I prawdopodobnie go nie znajdą...

- Może się to skończyć ostrą wojną cenową - kwituje te doniesienia Jerzy Bernhard.

Na razie Europa ma kłopoty i bez tureckiej stali. Pierwszy kwartał tego roku był trudniejszy niż oczekiwano.

Perspektyw poprawy sytuacji w najbliższym czasie raczej nie widać.

- Cięcia budżetowe ratujące finanse poszczególnych państw, recesja, wysoka nadprodukcja wyrobów hutniczych, spadek zaufania banków i firm ubezpieczeniowych - wszystko to wróży ciężki rok dla hutnictwa i dystrybutorów stali - uważa Robert Agh.

Piotr Myszor, Nowy Przemysł

Więcej informacji w portalu "Wirtualny Nowy Przemysł"

Dowiedz się więcej na temat: Nowy Przemysł | stal | Tam
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »