Davos 2023. Miękkie lądowanie gospodarki naprawdę możliwe

Podczas forum w Davos panował umiarkowany optymizm. Lawrence Summers nie wykluczał, że Fed uda się zacieśnić politykę pieniężną bez wywoływania recesji w USA. Recesji w Europie nie spodziewa się zaś prezes EBC Christine Lagarde.

"Miękkie lądowania są triumfem nadziei nad doświadczeniem, ale czasami nadzieja triumfuje nad doświadczeniem" - tak mówił w wywiadzie dla Bloomberg TV prof. Lawrence Summers, były sekretarz skarbu USA, który do niedawna był sceptyczny co do szans łagodnego wyjścia z kryzysu rozumianego na ogół jako opanowanie inflacji bez wywołania recesji.

Co się zatem zmieniło? Różne miary amerykańskiej inflacji od kilku miesięcy pozytywnie zaskakują. 18 stycznia dowiedzieliśmy się np. że inflacja producencka (PPI) spadła w grudniu 2022 r. o 0,5 proc. miesiąc do miesiąca i wynosi "tylko" 6,2 proc. rok do roku. Wcześniej 12 stycznia okazało się, że grudniowa inflacja CPI spadła do 6,5 proc. rok do roku z 7,1 proc. rdr w listopadzie. 6,5 proc. to wciąż znacznie wyżej niż cel inflacyjny Fed, ale to też najniższy poziom od marca 2021 r., a recesji wciąż nie widać w odczytach PKB.

Reklama

Nie jest to genialny rok

Strefa euro niestety jeszcze nie jest na poziomie 6 proc inflacji. Grudniowa inflacja CPI wyniosła 9,2 proc. rok do roku (spadek z 10,1 proc. w listopadzie), a inflacja bazowa wzrosła do 5,2 proc. rok do roku z 5 proc. w listopadzie. Nic dziwnego, że Christine Lagarde, prezes Europejskiego Banku Centralnego, wciąż ma jastrzębie podejście do inflacji, a źródeł umiarkowanego optymizmu szukała raczej w prognozach PKB.

"Aktywność spada w porównaniu ze znakomitym rokiem 2022, w którym wzrost wyniósł 3,4 proc., do prognoz wzrostu, które mamy na cały rok 2023, wynoszących 0,5 proc. Nie jest to więc genialny rok, ale jest o wiele lepszy niż to, czego się obawialiśmy" - mówiła w Davos.

Niemal to samo, ale w odniesieniu do perspektyw całego globu powtórzyła Kristalina Georgiewa, dyrektor zarządzająca Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

"To, co się poprawiło, to inflacja, która wydaje się, że zmierza we właściwym kierunku, innymi słowy w dół. (...) To, co się poprawiło, to perspektywa pobudzenia wzrostu przez Chiny" - wymieniała.

Dodała, że Fundusz prognozuje 2,7 proc. wzrostu globalnego PKB w 2023 r., ale ta prognoza może zostać skorygowana do końca stycznia. Przestrzegała jednak przed optymizmem.

"Dlaczego powinniśmy być ostrożni? Cóż, 2,7 proc. wzrostu, jeśli to jest wzrost, który osiągniemy, zdecydowanie nie jest bajeczny. To trzecia najniższa stopa wzrostu w ostatnich dekadach po globalnym kryzysie finansowym i COVID" - mówiła dyrektor MFW.

Kristalina Georgiewa ostrzegła też, że powracająca do aktywności po trzech latach pandemii chińska gospodarka "może rozpalić inflację właśnie wtedy, gdy wydaje się, że reszta świata się z nią uporała".

Ekonomiści Nomury policzyli nawet, że w Chinach mowa o "bombie inflacyjnej" wielkości 720 mld dolarów. Chińczycy co prawda nie dostawali czeków od państwa, niemniej spojrzenie na rachunki bankowe i dane dotyczące dochodów ludności daje właśnie taką kwotę. "Ci, którzy oczekują ogromnego wzrostu chińskiego popytu powinni uważać, czego sobie życzą" - ostrzega Nomura. Bazowy scenariusz jest bowiem taki jak wszędzie indziej po wyjściu z lockdownów: duża konsumpcja i odbicie w turystyce. Oczywiście powrót Chin oznacza też dalszą poprawę globalnej podaży, ale efekty popytowe mogą okazać się silniejsze.

Długa droga z 4 proc. do 2 proc.

Nawet gdyby nie Chiny, inflacja wciąż jest daleko od celów inflacyjnych. Jej globalny poziom ledwo co spadł poniżej 10 proc. na koniec 2022 r., a najważniejsze banki centralne mają cele na ogół na poziomie 2 proc. (w Davos podkreślano, że to fatalny moment na ich ewentualne podniesienie). Rynki finansowe jak zawsze starają się  jednak wyprzedzić rzeczywistość i wyceniają już nawet moment obniżek stóp. Od października giełdy rosną, warunki finansowe się luzują i w efekcie bankierzy centralni będący wciąż w cyklu zacieśniania muszą przynajmniej zaostrzać retorykę, a być może nawet wydłużać cykl.

"Inflacja, według wszystkich rachunków, jakkolwiek na to spojrzeć, jest zdecydowanie za wysoka. Naszą determinacją w EBC jest przywrócenie jej do poziomu 2 proc. w odpowiednim czasie i podejmujemy wszystkie środki, które musimy podjąć, aby to zrobić" - podkreślała w Davos Christine Lagarde, a inni prezesi banków eurosystemu dodawali, że scenariuszem bazowym są teraz podwyżki stóp o 50 punktów bazowych i to nawet kilkukrotne.

Co ciekawe, jastrzębie podejście zaprezentował nawet prezes Szwajcarskiego Banku Narodowego Thomas Jordan, a wśród głównych banków centralnych ten jest najbliżej celu. W grudniu 2022 r. inflacja CPI w Szwajcarii wyniosła 2,8 proc. rok do roku (cel to od 0 proc. do 2 proc.).

"Nie powinniśmy lekceważyć efektów drugiej rundy, które już następują" - mówił w Davos. "To, co widzimy wszędzie, także w Szwajcarii, to pewna zmiana w sposobie, w jaki firmy radzą sobie ze wzrostem cen. Nie wahają się już przed ich podnoszeniem" - tłumaczył.

Do tego jego zdaniem dojdzie presja płacowa i długotrwałe konsekwencje szoku energetycznego, nawet jeśli ten już mija. "Inflacja bazowa nie spada tak szybko, więc sprowadzenie inflacji z 4 proc. do 2 proc. będzie znacznie trudniejsze" - podkreślał Thomas Jordan.

Większość panelistów w Davos była zgodna nie tylko co do polityki monetarnej, ale też fiskalnej. Konsensus co do tej drugiej chyba najlepiej wyraziła Gita Gopinath, pierwsza zastępczyni dyrektor zarządzającej MFW.

"Polityka fiskalna musi osiągnąć trzy rzeczy. Po pierwsze, powinna być spójna z obniżaniem inflacji, a jako minimum nie powinna chociaż być ekspansywna. Drugą rzeczą, o której powinniśmy pamiętać prowadząc odpowiedzialną politykę fiskalną jest to, że trzeba chronić najsłabszych i trzeba to robić ponownie, jeśli chodzi o żywność i energię. Są to podstawowe artykuły pierwszej potrzeby dla gospodarstw domowych. (...) I ostatnią rzeczą jest to, że konieczne jest zakomunikowanie solidnych ram fiskalnych i jasności w sprawie obniżenia zadłużenia" - wymieniała Gita Gopinath.

Wcześniej przyznała jednak, że dług publiczny na świecie spadł z 99 proc. PKB w 2020 r. do 91 proc. PKB obecnie nie tylko dzięki ożywieniu gospodarczemu, ale i dzięki inflacji.

Oskarżenia o zielony protekcjonizm

W Davos widoczny był jeszcze jeden trend - rozpoczął się wyścig najbardziej rozwiniętych gospodarek o jak najkorzystniejszy dla nich model finansowania zielonej transformacji energetycznej. Wydaje się, że wojna w Ukrainie nie osłabiła tych dążeń, a tylko je wzmocniła. Kanclerz Niemiec Olaf Scholz podczas wystąpienia nie znalazł czasu, aby zadeklarować wysłanie niemieckich czołgów na Ukrainę. Snuł za to wizję, że jego następca lub następczyni w 2045 r. ogłosi w Davos, że Niemcy stały się krajem neutralnym klimatycznie, zachowując przy tym silny przemysł.

"W następnej dekadzie nastąpi największa transformacja przemysłowa naszych czasów" - wtórowała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Podkreślała, że Unia Europejska jest pionierem w tej dziedzinie, ale Japonia, Wielka Brytania, Kanada i wiele innych państw przedstawiło swoje plany inwestycyjne w zakresie czystych technologii.

Na pierwszy plan wysuwają się jednak Stany Zjednoczone z "Ustawą o obniżeniu inflacji", która wbrew mylącej nazwie zakłada obniżenie emisji gazów cieplarnianych w USA do 2030 r. o 40 proc. poniżej poziomu z 2005 r. Jest głównie pakiet dotacji i ulg podatkowych o wartości 369 mld dolarów. Skorzystać mogą firm inwestujące w samochody elektryczne i technologie energii odnawialnej pod warunkiem ich wytwarzania w USA.

I to właśnie ten warunek jest solą w oku Unii Europejskiej, która nie po to jest pionierem zielonej transformacji, aby USA ogrodziły się barierami i rozwijały podobne technologie u siebie. "Protekcjonizm utrudnia konkurencję i innowacje oraz jest szkodliwy dla łagodzenia zmian klimatycznych" - narzekał kanclerz Olaf Scholz.

Co ciekawe, USA nie oskarżała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która prowadzi w tej sprawie transatlantyckie negocjacje. W jej przemówieniu w Davos dostało się za to... Chinom.

"Chiny uczyniły z pobudzania innowacji w zakresie czystych technologii i produkcji kluczowy priorytet swojego planu pięcioletniego. To dobrze. Dominują w globalnej produkcji pojazdów elektrycznych i paneli słonecznych, które mają zasadnicze znaczenie dla przemian, ale konkurencja w zakresie zeroemisyjności musi opierać się na równych zasadach. Chiny otwarcie zachęcają energochłonne firmy w Europie i innych miejscach do przeniesienia całości lub części produkcji. Czynią to, obiecując tanią energię, niskie koszty pracy i wyjątkowe otoczenie regulacyjne, a jednocześnie Chiny silnie subsydiują przemysł i ograniczają dostęp do swojego rynku dla krajów Unii Europejskiej" - mówiła von der Leyen.

I tu tkwi chyba źródło unijnego Carbon Border Adjustment Mechanism, czyli rozwiązania, które ma utrudnić ucieczkę europejskiego przemysłu do krajów z mniejszymi wymaganiami środowiskowymi, a jednocześnie ograniczyć stamtąd import. Niezależnie od podatku węglowego w UE powraca jednak pomysł skopiowania amerykańskich subsydiów na zielone technologie produkowane na miejscu.

Tworzy to wszystko skomplikowaną układankę w trójkącie USA-UE-Chiny, szczególnie przed zaplanowanym na koniec tego roku szczytem klimatycznym COP 28. John Kerry  - specjalny wysłannik prezydenta USA ds. klimatu - poskreślał w Davos, że nie tylko nie osiągnęliśmy celu z poprzednich szczytów redukcji temperatury o 1,5 stopnia Celsjusza, a wręcz jesteśmy na ścieżce wyraźnego jej wzrostu.

Co to wszystko oznacza jednak dla gospodarki i handlu światowego? Czy USA, Unia Europejska i Chiny zbudują protekcjonistyczne zasieki, za którymi będą rozwijać każdy własną zieloną technologię? A jeśli tak, czy to naprawdę tak absurdalny krok, jak się na pierwszy rzut oka wydaje? Zdania są tu podzielone.

"Jeśli wszyscy konkurujemy o to, kto może przyspieszyć przejście na odnawialne źródła energii szybciej, kto może być największym liderem w zakresie technologii magazynowania i przesyłu - to jest to bardzo zdrowy rodzaj konkurencji" -  mówił w Davos prof. Lawrence Summers.

"Więc tak, konkurujmy w tym zakresie. Ale konkurujmy poprzez to, jak bardzo się staramy i jak dużo subsydiujemy, a nie poprzez to, jak odgradzamy innych lub próbujemy ich zdyskredytować" - podsumował.

Marek Pielach, dziennikarz Obserwatora Finansowego, specjalizuje się w makroekonomii i finansach publicznych

Biznes INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Zobacz również:

Obserwator Finansowy
Dowiedz się więcej na temat: gospodarka | gospodarka światowa
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »