A Ameryka Łacińska człapie sobie z tyłu

Słynne plaże, tuż obok rezydencje na bogato, a na nieodległych wzgórzach fawele upstrzone domami i chatkami z dykty oraz innych resztek. To Rio de Janeiro, gdzie każdy chciałby bywać, byle nie na wzgórzach. Ameryka Łacińska nie nadąża od stuleci za bogatym światem. Dlaczego nadal tam tak biednie?

W pierwszych latach XIX w. dochód na głowę w Stanach Zjednoczonych był dwa razy wyższy niż w niby potężnym wówczas Meksyku i mniej więcej taki sam jak brazylijski. Sto lat później, na rok przed wybuchem w Europie "Wielkiej Wojny", dochód Amerykanów z USA był siedem razy wyższy niż Brazylijczyków i cztery razy niż Meksykanów.

Socjalizm i etatyzm to zła droga.

Upośledzenie gospodarcze Ameryki Łacińskiej narasta, choć jeszcze w latach 60. XX wieku PKB per capita był tam ponad dwukrotnie wyższy niż w Azji Wschodniej. Dziś Tajlandia i Wietnam to tygrysy światowej gospodarki. Zaraz po II wojnie i tuż przed własną, tj. koreańską, Korea Południowa była trzy-, a może nawet czterokrotnie uboższa od zrujnowanej Polski. Dziś to dojrzała gospodarka z globalnej szpicy.

Reklama

Pięć lat temu agencja prasowa Yonhap z Seulu przypomniała, że od zakończenia wojny w 1953 r. do 2014 r. nominalny PKB Korei Południowej wzrósł 31 000 razy. Gdy się chce, to można, mimo że wiatr nie przestaje wiać w oczy. Ale chcieć trzeba. Już zatem kilka państw azjatyckich dołączyło do bogatej elity świata, a w Ameryce Łacińskiej, nie licząc wysepek z Karaibów, do grupy krajów o dochodach wysokich należą tylko dwa mniej istotne państwa — Chile i Urugwaj.

Geograficzne i historyczne uwarunkowania

Usystematyzowane przemyślenia w sprawie południowoamerykańskiego zastoju ma chilijski profesor Felipe Larrain, swego czasu minister finansów. Wyróżnił pięć czynników, na których czele postawił geografię. Ponad dwie trzecie kontynentu jest w tropikach, co sprawia, że wszystko jest trudniejsze, nawet sen. Tylko o choroby (malaria, żółta febra, denga, cholera) znacznie łatwiej niż w USA i Europie.

Argument ten podniesiony został również przez Darona Acemoglu i Jamesa Robinsona w ich książce "The Narrow Corridor" (Wąski korytarz - tłum. autora) poświęconej m.in. odpowiedziom na pytanie dlaczego jedne państwa kwitną i ich mieszkańcy cieszą się wolnością, a inne to wszeteczne despotie dręczące ludzi. Jeden z wątków dotyczy Australii i Nowej Zelandii w opozycji do Nigerii i Mali. Koloniści przybywający na antypody nie byli tak bardzo narażeni na śmiertelne choroby jak Europejczycy próbujący osiedlić się w rejonach wielkiej rzeki Niger. Apetyt najeźdźców z Europy na afrykańskie surowce i zasoby był wielki, ale odstraszała ich wysoka śmiertelność właśnie z powodu chorób. Urządzono zatem system ograniczający potrzebę fizycznej obecności, wystarczało podporządkować sobie miejscowych władców i przywódców, którzy robili co trzeba na rzecz szefów z Europy. Nie było potrzeby kształcenia lokalnych społeczności i rozwijania tamtejszych obszarów, więc Australię i Nową Zelandię dzielą dziś od Nigerii i Mali lata świetlne.

W aspekcie geograficznym prof. Larrain zwraca uwagę, że z punktu widzenia handlu i podziału pracy bardzo niekorzystne jest duże oddalenie Ameryki Łacińskiej od reszty świata. Odległość między dwoma centrami gospodarki półkuli zachodniej, São Paulo a Nowym Jorkiem, to prawie 8 tysięcy kilometrów, czyli nawet nieco więcej w linii prostej niż z Warszawy do stolicy Mongolii - Ułan Bator.

Kolejny element to kontynentalne prawo cywilne w opozycji do anglosaskiego prawa zwyczajowego (common law) w USA, które było spuścizną po hiszpańskich i portugalskich kolonizatorach. W tym drugim rola sędziów jest znacznie silniejsza i wyraźniejsza, co sprzyja w ogólnym rozrachunku wzrostowi i rozwojowi. Kodeksy i ustawy nie nadążają za inwencją ludzi, prawodawcy to - jak my wszyscy - ludzie grzeszni, więc w niezwykle dynamicznym świecie lepiej sprzyja rozwojowi system, w którym to sędzia, też wprawdzie grzesznik, ale działający w pełnym świetle, rozstrzyga w razie potrzeby, co dobre, właściwe i sprawiedliwe w gospodarce oraz w relacjach biznesowych.

Trzeci czynnik to nadal na poły feudalna struktura społeczna i rolna. W Ameryce Południowej dominują latyfundia we władaniu postkolonialnej oligarchii, w Stanach Zjednoczonych rolnictwo farmerskie. Dziś wielkie gospodarstwa i tu i tam wyglądają oraz są podobnie prowadzone, ale w XIX wieku w Brazylii i Argentynie dominowały wielkie plantacje z monokulturami trzciny cukrowej i pszenicy, podczas gdy w USA, na mniejszych obszarach w posiadaniu rolnika i zarazem właściciela ziemi, uprawiano więcej różnych roślin, zajmując się także hodowlą. Skutkiem był rozwój w Stanach Zjednoczonych instytucji politycznych, efektywniejsza ochrona prawa własności i powstawanie silnej klasy średniej oraz niedostatek lub brak w Ameryce Łacińskiej.

Rozwojowi sprzyjają liczne i silne instytucje zakorzenione w systemie i świadomości ludzi. Niedoceniany przykład wagi zakorzenionych instytucji to konieczność wyrecytowania przez policjanta podczas aresztowania dokonywanego w USA i wielu innych państwach formuły informującej o prawach zatrzymywanej osoby. Procedura ta przypomina wszystkim, że rządzi prawo, a nie wola tych, czy innych ludzi.

Zamachowy kontynent

Instytucje wykształcane z wielkim trudem na południe od Stanów Zjednoczonych są bardzo często burzone lub na długie lata odsuwane na bok z użyciem broni palnej. Fabrice Lehoucq i Aníbal Pérez-Liñán podają w "Regimes, Competition, and Military Coups in Latin America" ("Reżimy, konkurencja i wojskowe zamachy stanu w Ameryce Łacińskiej" - tłum. red), że w okresie 1900 - 2006 w 18 państwach Ameryki Łacińskiej przeprowadzono 162 udane zamachy stanu. Dochodzą do tego rewolucje i wojny domowe (np. meksykańska - 1914 r., boliwijska - 1952 r., nikaraguańska - 1979 r.), których w sumie było dziesięć. Bardziej precyzyjna jednostka to tzw. "lata zamachowe" (coups years), czyli lata, w których przeprowadzono przynajmniej jeden udany zamach stanu. Na 1922 "lato-państwa" (liczba lat razy liczba państw uwzględnionych w badaniu) 139, czyli 7,2 proc., to były lata zamachowe.

Ujawnia się przy tym ciekawy paradoks, bo - pomijając Europę - Ameryka Łacińska to kontynent z największą liczbą demokracji, jeśli nie wszędzie w pełnej krasie, to przynajmniej tytularnych. Najwięcej zamachów stanu doświadczyła Boliwia (18 lat zamachowych przez nieco ponad 100 lat) i Paragwaj (14 lat). Na końcu zestawienia są państwa radzące sobie pod każdym względem ponadprzeciętnie: Kostaryka i Urugwaj po dwa lata zamachowe, a także wyróżniający się na korzyść Meksyk (3 lata) oraz Kolumbia (4). I jeszcze spostrzeżenie, że władza prezydentów, a tacy tam dominują, jest bardziej krucha niż model parlamentarno-gabinetowy.

Zróżnicowane struktury

Jako piąty czynnik prof. Larrain wymienia zróżnicowaną strukturę etnologiczno-lingwistyczną oraz kulturową fragmentację kontynentu. Determinanty te uwzględnia na samym końcu. Chociaż wyraźnie widać różnice w porównaniu z USA, ale już na tle pozostałych kontynentów (poza Australią), pod każdym względem "pstrokatych", argument zróżnicowania nie jest bardzo poważny.

Wśród przyczyn zastoju opisywanych na pierwszych stronach historii gospodarczej świata oraz podręczników ekonomii wyróżnia się zatem protekcjonizm w jego różnych odmianach i formach. Warunki naturalne, konflikty polityczne, które zawładnęły kontynentem, niepowodzenie wysiłków federacyjnych Simona Bolivara w formie Wielkiej Kolumbii, jak również zdolność bardzo wąskich elit do obezwładnienia reszty ludności sprawiły, że Ameryka Łacińska utkwiła w ścisłej lub bardzo ścisłej izolacji od sąsiadów i całej reszty świata.

Bardzo trudno było i jest prowadzić handel między - dajmy na to - Brazylią a Peru. Do pokonania jest największa na świecie dżungla, a potem wielkie góry Andy, zaś statkiem płynąć trzeba naokoło tysiące mil morskich. Przede wszystkim jednak trzeba mieć czym handlować, czyli mieć to, czego w ogóle nie mają (lub mają mało) inni oraz co nie jest surowcem lub produktem rolnym. Tymczasem jedyny produkt wysokiej technologii z tego rejonu, który przychodzi na myśl, to samoloty koncernu Embraer z Brazylii. Więcej, bij-zabij, takich nie znalazłem.

Ameryka Łacińska, idąc za przykładem USA, wybrała protekcjonizm, uznając, że swój skromny dorobek musi chronić. Nawet Meksyk handlujący na potęgę z USA nie jest argumentem za zmianą tego podejścia, bo nadal jest głównie filią produkcyjno-usługową na potrzeby sąsiada i w przeciwieństwie do Chin nie przekuwa tego doświadczenia na samodzielny rozwój z myślą o ekspansji na inne kraje.

Sprzymierzeńcem Azji w wydobywaniu się z zacofania i nędzy była narastająca globalizacja gospodarki. Ameryka Łacińska nie skorzystała z niej, tak jak mogła. Chyba najlepszym przykładem protekcjonizmu łączącego się z autarkią jest rozwinięcie w Brazylii na ogromną skalę produkcji tzw. biopaliw w reakcji na brak środków na import ropy. W rezultacie przez dekady wielki kraj znajdował się w ślepym zaułku, tracąc czas i środki na substytut. Teraz biopaliwowe monokultury rolne niszczą na potęgę środowisko naturalne jeszcze skuteczniej niż gaz i ropa, niestety nie tylko w Brazylii, lecz w skali globalnej.

Trzy dekady temu globalizacja mogła pomóc także Ameryce Łacińskiej, ale teraz zacznie działać na niekorzyść. Wobec postępującej automatyzacji, arbitraż kosztowy, czyli lokalizowanie masowej produkcji w miejscach niskich kosztów produkcji, w tym przede wszystkim robocizny, zaczyna tracić na znaczeniu. A poza pracą Ameryka Łacińska nie ma wiele do zaoferowania.

Wojny narkotykowe i inne konflikty

Warto też wspomnieć nieustające wojny partyzanckie i terroryzm, jak również bandytyzm o podłożu narkotykowym. Najjaskrawsze przykłady to Kolumbia, Peru, Meksyk, Nikaragua. Można próbować obiektywizować przyczyny wystąpień zbrojnych przeciwko panującym porządkom, ale jest to droga donikąd i to w podwójnym sensie: nie ma na jej końcu żadnych dobrych rozwiązań dla ludu, w imieniu którego jest podejmowana walka, a straty i cierpienia dotykają niemal wyłącznie tegoż ludu.

Nie ma woli politycznej, żeby wyjść z ekonomicznego marazmu. Słuszne skądinąd słowa o krzywdzie i biedzie są tak głośne, że zagłuszają jeszcze słuszniejsze głosy o potrzebie wzrostu i rozwoju, żeby biedę wykorzenić.

W październiku 2020 r. odbyły się wybory prezydenckie w Boliwii, bardzo biednym państwie rządzonym przez 14 lat przez lewicowego prezydenta Evo Moralesa, który nie brał w nich udziału, bo został zmuszony do ucieczki z kraju. Obiecywał boliwijskim biedakom podźwignięcie ich z biedy. Zbudował wiele szkół i szpitali, Bank Światowy szacuje, że wskaźnik ludności żyjącej poniżej tamtejszego progu ubóstwa spadł w czasie jego rządów z ok. 60 do nieco poniżej 40 proc. To spore osiągnięcie, ale można było zrobić znacznie więcej, nie wywołując przy tym ostrych, często krwawych konfliktów. Boliwia nie wykorzystała długiego, globalnego boomu surowcowego do transformacji polegającej na zmianie struktury gospodarki, podobnie zresztą jak jej wielki sąsiad - Brazylia. Skończył się boom, wraz z nim pieniądze, w perspektywie znowu krok w tył w kierunku biedy. Wybory w Boliwii wygrał polityk z obozu Moralesa. Jeśli zacznie zmieniać kraj na lepsze - świetnie, ale jakoś w to nie wierzę.

W państwach rządzonych przez lewicowych zapaleńców lub cyników gospodarka jest w hierarchii ważności na dalekich miejscach, a w dyktaturach, zwanych kiedyś reakcyjnymi, a po prawdzie zaprowadzonych wyłącznie z chciwości, zupełnie na końcu. Bracia Castro na Kubie, duet Chavez i Maduro w Wenezueli, sprowadzonej przez nich z nieba na dno piekła, wcześniej Trujillo w Dominikanie, klan Duvalierów u sąsiadów w Haiti, populista Peron i jego pogrobowcy w Argentynie, Lula, a teraz Bolsonaro w Brazylii, Obrador w Meksyku, Morales w Boliwii... owładnięci wizją powodzenia dzięki rozdawaniu, ale nie zapominali głównie brać dla siebie.

Przemianom mogłyby posłużyć pożyczki rozwojowe i pomoc gospodarcza. Pieniądze płyną, ale nie dopływają w swej masie do celu. Część znika wskutek korupcji, dużo marnuje się z powodu nieumiejętności i niekompetencji. Wielka, a jeszcze przed II wojną światową bardzo bogata Argentyna po raz drugi w tym stuleciu ogłosiła w maju 2020 r. niewypłacalność. Zabrakło jej marnych 500 mln dolarów na zapłatę odsetek od długu w formie obligacji. W całej swej historii Argentyna była niewypłacalna już 9 razy. W innych rejonach świata brewerie finansowe wyprawiane w imię zdobycia i utrzymania się przy władzy dzięki rozdawnictwu zdarzają się znacznie rzadziej. Może i nie powinno to dziwić skoro to właśnie tam rozwijał się w literaturze nurt "realizmu magicznego": Alejo Carpentier, Jorge Luis Borges, Gabriel Garcia Márques.

Chile - dziwoląg na krańcu świata

Na południe od Rio Grande najlepiej radzi sobie dziwoląg zwący się Chile. Kraj długi jak jelito cienkie, suchy jak pieprz na północy, gdzie indziej miły, jak Toskania wiosną, ale też dziki, zielony i zimny w Patagonii. Tak jak cały kontynent, również obszary dzisiejszego Chile stały się łupem grabieżców wysyłanych za ocean przez królów z Madrytu i Lizbony. Nie znaleziono tam jednak ani srebra, ani złota, dostępu broniły Andy, pustynia i szalone wody wokół Hornu, więc w oficjalnym spisie zakończonym w 1778 r. doliczono się na ówczesnym terytorium Chile ledwo ćwierć miliona mieszkańców, w tym aż 3/4 stanowili biali.

Czyżby jednym ze źródeł dzisiejszego, względnego powodzenia tego kraju było położenie na krańcach świata i désintéressement Europy oraz północnoamerykańskiego hegemona tamtej hemisfery? Pozostawione przez świat samemu sobie Chile rozwijało się od XIX w. w miarę harmonijnie, choć nie obyło się bez gwałtownych momentów. Czterdzieści lat temu stało się dość udanym poligonem dla idei wolnorynkowych, wybudzonych z letargu przez Miltona Friedmana. Stało się tak z powodu krwawego przewrotu generała Pinocheta, który obalił lewicowego i populistycznego prezydenta. Po puczu władza była sprawowana haniebnie, ale poprzednik Pinocheta, Allende zaprowadziłby Chile zapewne tam, gdzie ugrzęzła dziś Wenezuela, zaś Kuba tkwi już od ponad sześćdziesięciu lat.

W 1972 r. PKB per capita, mierzony w jednostkach porównywalnych (wg siły nabywczej w 1990 r.), wynosił w Chile ok. 5400 dol., a w Wenezueli z jej ropą dwa razy więcej (10 600 dol.). W 2008 r. chilijski PKB na głowę mieszkańca osiągnął 13 200 dol., a wenezuelski zmalał o 250 dol. w porównaniu z poziomem z 1972 r.

Jeden przykład niczego oczywiście nie dowodzi, ale jeśli jest za mało wyrazisty, to można przenieść się na moment do Państwa Środka. Nominalnie jest wprawdzie komunistyczne i egalitarystyczne, lecz w gospodarce neoliberalne, choć także etatystyczne. Państwo jest tak duże, że znalazło się w nim miejsce na dwa skrajne rozwiązania, ale wyniosło je na szczyt to neoliberalne, bo drugie jest kulą u nogi oraz kosztem ponoszonym w imię rozbudowy potęgi militarnej. Pół wieku temu parias, dziś Chiny chcą przewodzić światu i aż strach pomyśleć, co będzie, jeśli się to uda.

Zostawiając na boku pospolitych łotrów, teza brzmi, że Ameryka Łacińska nie będzie nawet względnie dostatnim kontynentem, jeśli jej ludność nie uzna w końcu, że sprawiedliwszy podział marnych okruchów jest jak mieszanie kawy z nadzieją, że i bez cukru będzie choć odrobinę słodka. Socjalizm i etatyzm to zła droga.

Sprawiedliwość bez podstaw materialnych, które trzeba sobie wypracować najlepszym, sprawdzonym sposobem, zamienia się w końcu w chaos i tumult albo z powrotem w system, z którym miała się uporać. System, w którym co poniektórzy srebrnymi łyżkami jedzą kawior, zaś miliony tylko patrzą na to, bowiem gębę mają sposobną głównie do milczenia.

Jan Cipiur, dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii

Obserwator Finansowy
Dowiedz się więcej na temat: ameryka łacińska
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »