Protest pracowników medycznych, czyli nie chodzi tylko o pieniądze

Niedziela, 10 września (05:56)

Postulaty Porozumienia Zawodów Medycznych dotyczą nie tylko największych grup zawodowych w ochronie zdrowia - lekarzy i pielęgniarek - i nie sprowadzają się jedynie do podwyżek. PZM reprezentuje prawie 600 tys. osób pracujących w zawodach medycznych, a każda specjalność tworzy nieodłączną część kadrowego "ekosystemu" opieki zdrowotnej.

W centralnej bazie prowadzonej przez Naczelną Izbę Lekarską zarejestrowanych jest ponad 180 tys. lekarzy i lekarzy dentystów, z których czynnie wykonuje swój zawód ok. 160 tys. Pielęgniarek i położnych mamy natomiast ponad 250 tys. Łatwo więc policzyć, że pozostałe zawody medyczne to grupa ponad 200 tys. osób - rozproszona, niemedialna (może z wyjątkiem ratowników), ale dla systemu nieodzowna.

- Polska służba zdrowia to nie tylko lekarz i pielęgniarka. Są tacy ludzie jak my - diagności laboratoryjni, technicy analityki medycznej, technicy elektroradiologii i fizjoterapeuci. Lekarz czy pielęgniarka nic bez nas nie zrobią. W tej chwili pracujemy incognito, a jeśli już się z nami rozmawia, to przy okazji, po drodze. Wie pan, jak to boli? - mówi Rynkowi Zdrowia Grażyna Musiałkiewicz, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Diagnostyki Medycznej i Fizjoterapii (OZZPDMiF).

Elektroradiolog: 37 lat pracy, 1900 zł "na rękę"

Reklama

Grażyna Musiałkiewicz chciałaby nie tylko większej atencji ze strony decydentów i społeczeństwa, ale też "poszanowania" mniej widocznych zawodów medycznych. - Sami nie mamy takiej siły przebicia jak lekarze, pielęgniarki czy ostatnio ratownicy. Ale potrzeby mamy równie duże i także oczekujemy szacunku, uwagi - mówi.

Reprezentowany przez Musiałkiewicz związek ma ok. 3 tys. członków i - jak przyznaje w rozmowie przewodnicząca - to wielkość porównywalna z Krajowym Związkiem Zawodowym Pracowników Ratownictwa Medycznego. Problemy członków OZZPDMiF w dużej mierze są podobne, jak innych grup zawodowych w ochronie zdrowia. Ale są też wśród nich ściśle związane z danym zawodem, stanowiskiem. Na pierwszym miejscu Grażyna Musiałkiewicz wymienia pieniądze - postulat znany, ale konsekwencje ich braku - w zależności od zawodowej grupy - nie zawsze takie same.

- Podstawa to zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, co powinno przełożyć się na lepszy dostęp pacjentów do wszelkiego rodzaju badań diagnostycznych. W tej chwili - choć diagnostyka jest na bardzo wysokim poziomie - jej potencjał nie jest w pełni wykorzystywany. Mam przede wszystkim na myśli diagnostykę specjalistyczną - tłumaczy.

19 czerwca br. przedstawiciele Porozumienia Zawodów Medycznych spotkali się z podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, Leszkiem Skibą. Celem rozmów było "uzyskanie merytorycznego uzasadnienia dla faktu, że nakłady na publiczną ochronę zdrowia w Polsce utrzymywane są na dramatycznie niskim poziomie". W rozmowach brał udział także przedstawiciel OZZPDMiF.

- Zebraliśmy od naszych organizacji z różnych regionów Polski kwitki zarobkowe. Przykład? Technik elektroradiologii z 37-letnim stażem pracy otrzymuje 1900 zł netto pensji zasadniczej. Wszyscy wiedzą, że mało zarabiamy, ale nikt nie przypuszcza, że są to tak niskie kwoty - tłumaczy przewodnicząca.

I bez strajku to wszystko może runąć

Musiałkiewicz przyznaje, że fizjoterapeuci, elektroradiolodzy, diagności laboratoryjni czy analitycy medyczni otrzymują średnio 2-2,1 tys. zł brutto, więc pracując na kontraktach, dorabiają dodatkowymi dyżurami. Zwraca uwagę, że np. technicy elektroradiologii są obligowani do obsady dyżurowej w czterech pracowniach jednocześnie. Ale są też inne problemy.

- Niektórzy publiczni pracodawcy bardzo sobie cenią wolontariat. Przyjmują techników, obiecując im przysłowiowe złote góry, a po upływie trzech miesięcy mówią, że nie ma środków na etat - i przyjmują innych "wolontariuszy". To skandal. Wszystko rozbija się o pieniądze - zauważa Musiałkiewicz.

Te i inne problemy, znane również pozostałym zawodom medycznym - czyli starzenie się kadr, niesatysfakcjonująca siatka płac w nowej ustawie o minimalnych wynagrodzeniach w służbie zdrowia, emigracja - powodują, że zaczyna brakować rąk do pracy.

- Są miejscowości, gdzie nikt już nie odpowiada na ogłoszenia o pracę. Tak naprawdę nie trzeba żadnego strajku, żeby to się wszystko rozwaliło. A przecież bez diagnostyki żaden, nawet najwyższej klasy specjalista, sobie nie poradzi - podsumowuje.

Piotr Dymon, przewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych (OZZRM), również zwraca uwagę na skutki "głodowych" etatów. - Chcemy, by etaty były tak opłacane, żeby nie trzeba było dodatkowo pracować po 200, 300 godzin w miesiącu. W czerwcu br. jeden z ratowników w Poznaniu, trzydziestokilkulatek, w trakcie udzielania medycznych czynności ratunkowych doznał zatrzymania krążenia. Całkiem możliwe, że z przepracowania - mówi szef OZZRM.

Rządową ustawę również krytykuje. - Ustawa o minimalnych wynagrodzeniach większości pracowników medycznym nie da żadnej podwyżki. Dostaną je jedynie ci, którzy zarabiają netto 1600-1800 zł - wylicza Piotr Dymon.

Podobnie jak Musiałkiewicz, już teraz zauważa braki kadrowe wśród ratowników medycznych. - Są sygnały, że w sytuacjach, gdy kończy się okres kontraktowania usług ratowników, do nowego konkursu przystępuje średnio 20- 30 proc. ratowników mniej niż wcześniej. Braki kadrowe są więc już widoczne. Nie wiem, skąd resort zdrowia weźmie ludzi do planowanych 3-osobowych zespołów ratownictwa - konstatuje.

Bardziej medialni, ale tak samo sfrustrowani

To, że o ratownikach medycznych dużo się ostatnio pisze i mówi, nie powoduje automatycznego przełożenia na spełnianie ich postulatów. Nadal nie ma porozumienia w sprawie podwyżek, a dwie nowele Ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym są w powijakach.

- Liczymy przede wszystkim na zwiększenie finansowania ratownictwa i na to, że dodatkowe nakłady zostaną przeznaczone na podwyżki dla ratowników. Równocześnie zależy nam na jak najszybszym podpisaniu i wejściu w życie małej i dużej nowelizacji ustawy o ratownictwie medycznym, a tym samym na upaństwowieniu ratownictwa - mówi Piotr Dymon.

Wyjaśnia, że nowelizacje "nie wzięły się z kosmosu" i jest to zbiór wszystkich propozycji, które organizacje związkowe i społeczne przekazały przez ostatnie kilka lat decydentom.

Ratownicy od niemal 11 lat walczą także o własny samorząd zawodowy (więcej o tym postulacie na str. 14-15). Na ten jednak zgody w resorcie zdrowia nie ma. - Myślę, że resort zdrowia przede wszystkim boi się oddać władzę nad zawodem - mówi.

O samorządzie mówi też Edyta Wcisło, przewodnicząca Polskiej Rady Ratowników Medycznych (PRRM). Przyznaje wprost: - Marzymy o tym. - Chcielibyśmy w końcu mieć głos, który będzie reprezentował całe środowisko. W sytuacji, kiedy jest jakaś skarga na ratownika, ewentualnymi konsekwencjami zajmuje się pracodawca, ratownik nie ma się gdzie odwołać. Poza tym nie wiemy, ilu nas jest, bo tak naprawdę nikt nas nigdy nie policzył. A dane są różne - od 7 do 14 tys. - zaznacza Wcisło.

Tłumaczy, że resort zdrowia nie potrafi merytorycznie uzasadnić odmowy i sama jej nie rozumie. W końcu byłaby instytucja, z którą mogliby współpracować, co przyniosłoby obopólne korzyści - podkreśla i dodaje, że ratownicy tego postulatu "nie odpuszczą".

Szefowa PRRM oczywiście wspomina o podwyżkach - ale przy okazji przedstawia głębszą genezę problemu. - Gdy pielęgniarki otrzymały od ministra Mariana Zembali podwyżkę 4x400 zł, doszło do absurdalnego zjawiska. Ratownicy medyczni, jeżdżąc z pielęgniarkami w jednych karetkach i wykonując te same czynności, otrzymują o wiele niższe wynagrodzenia. Przestrzegałam ministra, że wprowadzając taki pomysł w życie, wygeneruje olbrzymi problem. Tak też się stało - mówi.

Wyjaśnia, że w podwyżkach nie chodzi tylko o same pieniądze, ale o "sprawiedliwość i równe traktowanie ludzi, którzy wykonują te same zadania", dodając, że podobna sytuacja jest w SOR-ach.

Problem ze społecznym postrzeganiem

- Mamy też problem ze społecznym postrzeganiem. Po pierwsze często jesteśmy traktowani jako przychodnia na kółkach i pacjenci nie rozumieją, że naszym zadaniem jest ratowanie życia, a nie leczenie kataru. Po drugie wielu nadal postrzega nas jako sanitariuszy, którzy zresztą w systemie funkcjonują (w karetkach transportowych, szpitalach) i są potrzebni. Ale ratownik to nie sanitariusz - tłumaczy Piotr Dymon.

Przyznaje, że przydałaby się szeroka kampania uświadamiająca społeczeństwo, kim tak naprawdę jest ratownik i jaka jest jego rola, ale na to potrzebne są pieniądze. - Sami robimy tyle, ile możemy - uświadamiamy ludzi w dyspozytorniach, podczas wyjazdów, rozdajemy ulotki w trakcie ogólnopolskiego protestu. Ale jakoś to do ludzi nie trafia. Na razie Ministerstwo Zdrowia nie jest zainteresowane promowaniem naszego zawodu - ubolewa.

W podobnym tonie wypowiada się Edyta Wcisło. - Ratownictwo medyczne sprzedaje poczucie bezpieczeństwa. Jak mówimy o braku lekarzy w karetkach, obserwujemy społeczne przerażenie. Ludzie nie wiedzą, że ratownik medyczny ma wyjątkowo wysokie kompetencje i potrafi sobie w każdej sytuacji poradzić - precyzuje.

Ratownicy medyczni zgłaszają jeszcze jeden problem oraz postulat, na który zwracają uwagę praktycznie wszyscy eksperci. To olbrzymie obciążenie psychiki pracą i potrzeba psychologicznej opieki dla tych, którzy jej wymagają.

Bez ratownika karetka nie wyjedzie

- Projekt tzw. małej Ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, owszem, wprowadza m.in. wsparcie psychologiczne dla dyspozytorów i koordynatorów, ale nie uwzględnia ratowników medycznych. Czy w praktyce będą oni mogli w dyspozytorni skorzystać z porady? Nie wiadomo. A problemów jest sporo - przepracowanie i wypalenie zawodowe, codzienne stykanie się z ludzkimi tragediami, agresja fizyczna i psychiczna wobec ratowników, irytacja ich samych, gdy jadą na kolejne nieuzasadnione wezwanie - podsumowuje Piotr Dymon.

Edyta Wcisło mówi wprost: - Pamiętam każdego powieszonego człowieka. Dodaje, że ratownik podczas jednego dyżuru jest w stanie zobaczyć tyle tragedii, ile zwykły człowiek często nie widzi przez całe życie.

Wszyscy nasi rozmówcy przyznają, że zniecierpliwienie i irytacja w ich środowiskach są coraz większe. PZM grozi strajkiem, a sami pracownicy wypowiedzeniami.

- Bez ratownika żadna karetka nie wyjedzie. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: rząd nas nie słucha, więc 1 września składamy wypowiedzenia z pracy. I co wtedy? Konsekwencji karnych nie poniesiemy żadnych. Każdy może zwolnić się z pracy i zacząć uprawiać marchewki - konstatuje Piotr Dymon.

Jacek Wykowski

Więcej informacji w miesięczniku "Rynek Zdrowia"

Artykuł pochodzi z kategorii: Zarobki

POLECANE zwiń