UE:Quasi-państwo bez fundamentów

Sobota, 18 sierpnia 2012 (06:00)

Od wielu miesięcy z coraz większym zniechęceniem obserwujemy kolejne szczyty Unii Europejskiej, które mają w cudowny sposób rozwiązać strukturalne problemy zadłużenia, niskiej konkurencyjności gospodarczej Europy, bezrobocia, zatorów płatniczych, niewypłacalności banków. Właściwie lista priorytetowych spraw do rozwiązania i najbardziej palących problemów jest już tak długa, że samo ich wymienienie zajęłoby jakiś czas.

Zdjęcie

Liczba bezrobotnych młodych Europejczyków wynosi ok. 25 mln osób /123RF/PICSEL
Liczba bezrobotnych młodych Europejczyków wynosi ok. 25 mln osób
/123RF/PICSEL

- 28 i 29 czerwca br. doszło do następnego "przełomowego" szczytu, kolejnego w długim ogonku przełomowych szczytów, które nas jeszcze czekają. Jego rezultaty i konkluzje, choć faktycznie przełomowe, skłaniają do krytycznej oceny polityki europejskiej i głębokiej refleksji nad tym, czy UE jest jeszcze zdolna do samonaprawienia.

"Propagowanie wzrostu"

Reklama

Na szczycie przyjęto założenia paktu dla wzrostu, inwestycji i pracy, który nie tworzy jednak twardych obligacji dla państw, a jedynie prezentuje wskazówki dotyczące mechanizmu postępowania.

Mechanizmy te to m.in.:

- dalsze prowadzenie zróżnicowanej i sprzyjającej wzrostowi gospodarczemu konsolidacji fiskalnej, z poszanowaniem paktu stabilności i wzrostu oraz z uwzględnieniem specyfiki poszczególnych państw;

- przywracanie normalnego poziomu kredytowania gospodarki;

- propagowanie wzrostu gospodarczego i konkurencyjności, w szczególności poprzez usuwanie głęboko zakorzenionych zakłóceń równowagi i kontynuowanie reform strukturalnych;

- skuteczne radzenie sobie z bezrobociem i ze społecznymi konsekwencjami kryzysu; realizacja reform służących zwiększeniu zatrudnienia; nasilanie wysiłków na rzecz zwiększania zatrudnienia młodych ludzi;

- modernizacja administracji publicznej, w szczególności poprzez eliminowanie opóźnień w sadownictwie, zmniejszanie obciążeń administracyjnych i rozwijanie usług administracji elektronicznej.

Naturalnie przy zastrzeżeniu, że nie może to oznaczać naruszenia zasad paktu fiskalnego. W praktyce oznacza to, że większość państw musi postępować odwrotnie niż konkluzje szczytu - ograniczać inwestycje, wydatki, wygaszać wzrost finansowany kosztem wzrostu zadłużenia itp. Ponadto zasady opisane w art. 81 Traktatu Europejskiego (TE) oraz 104 TE (pomoc publiczna) praktycznie eliminują możliwość wpływu państwa na politykę zatrudnienia.

Przywrócenie wspomnianego w komunikacie Rady "normalnego kredytowania gospodarki" zostało właśnie znacznie ograniczone przez zmianę lewarowania banków i Bazyleę III, które według różnych szacunków "wycofają" z rynku UE ok. 450 mld euro.

W jaki więc sposób planuje się przywrócenie wzrostu gospodarczego? Prawdopodobnie poprzez czekanie, aż mechanizmy rynkowe "same" wszystko uregulują, lub też przez owe "propagowanie wzrostu", co jest znakomitą informacją dla wszystkich urzędników UE i krajów członkowskich, żyjących z konferencji, narad i pracy w różnych grupach roboczych. Podobnie, niestety, pozbawione racjonalnej bazy są postulaty przywódców Partii Europejskich Socjalistów (PES), obradujących w przeddzień szczytu UE.

Suche postulaty

PES w dokumencie pt. "Pakt na rzecz wzrostu gospodarczego i zatrudnienia w Europie" postuluje m.in. przyjęcie "Europejskiego programu na rzecz zatrudnienia młodzieży", który oznacza wydanie ok. 10 mld euro na "stworzenie nowych miejsc pracy dla młodych ludzi, ulepszenie systemu edukacji oraz szkolenia zawodowego, jak również wzmocnienia dynamicznej polityki zatrudnienia, zapewniając przy tym równość szans dla kobiet i mężczyzn" oraz zmniejszenie bezrobocia wśród młodzieży w UE o 50 proc.

Liczba bezrobotnych młodych Europejczyków wynosi ok. 25 mln osób, w związku z tym, według tego planu, sprawę bezrobocia młodzieży w UE załatwi 400 euro na głowę młodego bezrobotnego (czyli finansowanie prawie 40 godzin pracy na zmywaku w Londynie). Niestety, nie znajdziemy w tym dokumencie sposobu realizacji tak ambitnego przedsięwzięcia, np. postulatu zmiany zasad udzielania i określania pomocy publicznej, czyli podstawowego, neoliberalnego filaru UE. W tej sytuacji "program" PES pozostaje jedynie postulatem. Nie ma bowiem możliwości w dobie kryzysu ograniczenia finansowania deficytu, zmniejszenia popytu, zmniejszenia stopy inwestycji, spadku płynności przedsiębiorstw, spadku zatrudnienia, konsumpcji itd. i bez możliwości głębokiej, keynesowskiej ingerencji państwa w mechanizmy gospodarcze, wykreowania w prosty sposób milionów nowych miejsc pracy. Teoretycznie można byłoby faktycznie zwiększyć koniunkturę, stworzyć takie mechanizmy, które wykreują nowe miejsca pracy dzięki gwałtownemu wzrostowi popytu zagranicznego, czyli w konsekwencji - eksportu. Niestety, UE, i to głosami tego samego PES, przyjmuje rozwiązania (np. w energetyce), które jeszcze bardziej ograniczają konkurencyjność produktów unijnych na rynkach międzynarodowych. Europejskie oznacza coraz droższe, coraz mniej innowacyjne, coraz mniej konkurencyjne. Podobnie sprzeczne z regulacjami, doktryną i dorobkiem wspólnoty są postulaty PES "Europejskiego paktu na rzecz zatrudnienia", z tym samym katalogiem wątpliwości i niespójności.

Kpiny ze zdrowego rozsądku

Odrębnym kuriozum jest postulat "odnowienia i zazielenienie europejskiego przemysłu". Europejski przemysł przez to, że jest "zazieleniony", podczas gdy przemysł reszty świata nie, jest drogi, niekonkurencyjny i, co gorsza, coraz bardziej nieinnowacyjny.

Zawarty w tym samym projekcie postulat przeznaczania 3 proc. PKB na badania i rozwój (średnia dla UE do 1,5 proc. PKB, Polska to ok. 0,45 proc. PKB) jest powtórzeniem założeń Agendy Lizbońskiej z 2000 r. - najbardziej zlekceważonego i nierealizowanego dokumentu UE w całej historii integracji. Czy postulaty PES, śladowo powtórzone w komunikacie Rady są niesłuszne? Nie, na próżno można by tam szukać postulatów systemowych, dotyczących regulacji i acquis communautaire dławiących europejską gospodarkę, rynek pracy, konkurencyjność i innowacyjność. Postulaty PES koncentrują się na działaniach pozornych, fasadowych, których rezultatem może być jedynie wzrost zatrudnienia w administracji i aktywności kawiarniano-seminaryjnej. Poniekąd ma to swój pożyteczny skutek, ponieważ spada tym samym bezrobocie wśród pracowników administracji oraz poprawia się koniunktura w kawiarniach w Brukseli, w okolicach gmachu Komisji i Parlamentu.

Śledząc kolejne wypowiedzi polityków Unii Europejskiej oraz komentatorów politycznych, specjalista może odnieść wrażenie, że ktoś z opinii publicznej w UE kpi sobie w sposób urągający zdrowemu rozsądkowi. Odkrywa się bowiem w dokumentach diagnozujących przyczyny i rezultaty obecnego kryzysu objawione prawdy, o których uczono na studiach i o których można przeczytać w podręcznikach wydanych kilkanaście lat temu.

Fasadowe instytucje

Tworząc ułomny, w sensie prawno-międzynarodowym, byt pod nazwą UE, stworzono bowiem quasi-państwo nie mieszczące się w definicji klasycznej federacji ani też konfederacji. Pozwolono na stworzenie kilkunastu fasadowych, wspólnych instytucji, obudowując je bizantyjskim systemem biurokratycznym, pozbawionym jakiejkolwiek kontroli demokratycznej, a następnie przyjęto jako tezy a priori garść liberalnych, społecznych i gospodarczych pryncypiów spójnych co do istoty, pod warunkiem, że kiedykolwiek zrealizowanych.

Art. 14 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (TWE) stwierdza, że rynek wewnętrzny obejmuje obszar bez granic wewnętrznych, na którym zostaje zapewniony swobodny przepływ towarów, osób, usług i kapitału. Podstawą systemu gospodarczego UE jest neoliberalne założenie, wskazujące na samoregulacyjny mechanizm rynkowej gospodarki. Założono, w pewnym uproszczeniu, że zapewnienie swobody przepływu osób, kapitału, towarów zapewni funkcjonowanie modelu rynku dążącego do doskonałości - im bliższy doskonałości rynek, tym większa racjonalizacja procesu gospodarowania. Neoliberalny paradygmat zakłada bowiem, że rynki funkcjonują zawsze efektywnie i wykluczają pewne określone okoliczności - racjonalnie.

W takim systemie podział dostępnych dóbr osiąga optimum, w którym nie można poprawić sytuacji jednego przedsiębiorstwa, nie pogarszając przy tym sytuacji innego (optimum Pareto).

Fikcyjne zasady konkurencji

Czy faktycznie neoliberalny paradygmat stanowiący fundament UE jest w jakimkolwiek stopniu zrealizowany? Swoboda przepływu towarów istnieje - co do tego nie mamy raczej wątpliwości, doświadczamy jej na co dzień, możemy importować, eksportować i, teoretycznie, towar kupiony w jednym kraju UE powinien kosztować tyle samo, ile w innym kraju Unii (jego cena może być jedynie powiększona o koszty transportu).

Czy tak jest w rzeczywistości? Nie. Przecież na samochód kupiony w Niemczech Polska nakłada wyższą stawkę VAT (trzeba pokrywać różnicę) oraz podatek akcyzowy. Ponadto niezharmonizowane stawki VAT i akcyzy czynią z zasady konkurencji fikcję, której skutki odczuwają wyłącznie konsumenci. Swoboda przepływu usług funkcjonuje wyłącznie na ulotkach promujących wartości UE. Różnice w ustawach o zamówieniach publicznych, nasza słynna regulacja zawodów, konieczność przystępowania do izb gospodarczych (lokalnych), żeby wziąć udział w przetargu - to wszystko wynaturzyło i zdeformowało zasadę swobodnego przepływu usług. Również fakt publikowania przetargów tylko w języku narodowym do wartości 750 tys. euro (przy robotach budowlanych 5 mln) oznacza, że "swoboda" dotyczy tylko usług o znacznej wartości i większych firm. Oznacza to również, że z owej teoretycznej swobody wyłącza się w ten sposób przedsiębiorstwa mniejsze, sprowadzając zasadę "swobody przepływu usług" do kategorii "pod warunkiem, że..." i tu następuje lista warunków.

Przypomina to starą, brytyjska anegdotę tłumaczącą, co to jest demokracja, na przykładzie wyborów do Izby Gmin - to prawo głosu dla wszystkich za wyjątkiem dzieci, nieletnich, skazanych, szaleńców, kobiet (to stary dowcip) oraz członków Izby Lordów. Ale poza tym głosować mogą naprawdę wszyscy. Zapomina się jednocześnie, że w wielkich przetargach z powodzeniem biorą udział firmy spoza UE, dysponujące kapitałem, tanią siłą roboczą w swoich macierzystych siedzibach oraz brakiem kagańca dyrektyw, który czyni firmy z UE mniej konkurencyjnymi w starciu z firmami chińskimi, amerykańskimi czy hinduskimi, a to właśnie małe zamówienia i małe przetargi są szansą dla firm rodzinnych, kooperatyw i spółdzielni studenckich, tworzonych bez wielkiego kapitału, a w warunkach kryzysu.

Bariery nie do przebrnięcia

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda ze swobodnym przepływem osób, czyli mobilnością czynnika pracy. Liberalny paradygmat zakłada, że czynnik pracy podlega takim samym prawidłowościom (lub bardzo zbliżonym) jak inne czynniki produkcji. Jeśli podaż pracy jest duża, praca staje się tania, rośnie konkurencyjność produkcji, rośnie zatrudnienie itd. Jednocześnie jeśli pracy nie ma, to mobilność tego czynnika - możliwość wyjazdu tam, gdzie popyt na prace jest większy, czyli gdzie są miejsca pracy lub droższe miejsca pracy - ma mieć charakter samoregulacyjny. Przesiedlamy się tam, gdzie praca jest lepiej płatna (czyli czynnik pracy droższy) - im więcej nas się tam przeniesie, podaż na tamtym rynku rośnie, ceny pracy spadają.

Tyle teorii, w praktyce wyobraźmy sobie, co oznacza przeniesienie "za chlebem" na terytorium UE. Niezharmonizowane prawo pracy - całkowicie i absolutnie różne w różnych krajach, inne systemy opieki społecznej, bariery administracyjne, problem z przeniesieniem i naliczeniem emerytury, szkoła dla dzieci, szykany Jugendamtu (jeśli jesteśmy akurat w rzekomo demokratycznych Niemczech). A teraz wyobraźmy sobie takie same przenosiny na Litwę, gdzie jeszcze na dodatek zapewne każą zmienić nam nazwisko lub podpisywać jakąś lokalną volkslistę - można odnieść wrażenie, że ten kraj funkcjonuje w innej przestrzeni demokratycznej niż reszta państw UE.

Do tego katalogu barier dochodzą jeszcze okresy ochronne dla rynków pracy, zasadnicze różnice w programach nauczania i wykształcenia, reglamentacja setek zawodów, które dla obywatela danego kraju stanowią istotną niedogodność, ale dla obywatela innego kraju - barierę nie do przebrnięcia.

Wyobraźmy sobie np. włoskiego pośrednika nieruchomości, który chciałby również świadczyć usługi w Polsce. Albo brytyjskiego doradcę finansowego, który zmuszony będzie do robienia licencji w Polsce. Lista zawodów, w których o mobilności czynnika pracy możemy zapomnieć, jest długa - lekarz, pielęgniarka, taksówkarz, przewodnik turystyczny.

Chyba tylko kopanie rowów oraz zmywanie naczyń w barach, pod pewnymi warunkami, jest możliwe do wykonywania na terytorium całej UE, bez konieczności uzyskiwania specjalnych pozwoleń i potwierdzania kwalifikacji. Systemy związane z mobilnością czynnika pracy są w UE absolutnie niekompatybilne, niezgodne ze sobą i tworzące tak wiele barier bezpośrednich i pośrednich, że faktyczna realizacja paradygmatu liberalnego jest w UE absolutnie niemożliwa.

Dla potwierdzenia diagnozy choroby toczącej system decyzyjny UE warto przywołać propozycje kształtu budżetu UE, które pomimo zaprezentowanych rzekomych priorytetów prorozwojowych, za podstawowy cel przyjmuje ratowanie banków w strefie euro. Przy czym dokapitalizowanie prywatnego banku 1 mld euro w żaden sposób nie narusza zasady wolnej konkurencji, natomiast dokapitalizowanie polskiej stoczni 300 mln euro już tak.

Wartość sentymentalna

Niezależnie od tego jak bardzo niekonsekwentna jest UE w realizacji paradygmatu stanowiącego jej własny fundament, warto w konkluzji przywołać tezę o błędności samego paradygmatu. Józef Stiglitz wykazał, że rynek jest efektywny (racjonalny, dążący do samoregulacji) tylko w wyjątkowych okolicznościach, a jeśli jest niedoskonały (lub informacje na nim są niewystarczające), to wówczas nawet konkurencyjna alokacja rynku nie osiągnie optimum Pareto.

Mówiąc bardziej zrozumiale - ekonomiczna podstawa UE (której zbrojnym ramieniem jest m.in. doktrynalny zakaz pomocy publicznej) jest błędna. Stiglitz dostał za swój model Nagrodę Nobla z ekonomii. Komisja Europejska, pozbawiona zresztą demokratycznej kontroli państw członkowskich, dostaje nasze miliardy złotych, euro i funtów na realizację paradygmatu, który już w przestrzeni naukowej ma wartość co najwyżej sentymentalną.

Dr Wojciech Szewko

Autor jest ekspertem Business Centre Club ds. międzynarodowych, absolwentem Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. W przeszłości pracował w Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów, Urzędzie Rady Ministrów i w Urzędzie Komitetu Badań Naukowych. Był także pracownikiem Enterprice Group Depth (Microsoft).

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń