Student - absolwent - bezrobotny

Sobota, 23 lutego 2013 (05:00)

Co trzecia osoba bez pracy w Polsce jest w wieku 25-34 lat. Dotyczy to również dużych miast, np. Warszawy. Mści się masowa likwidacja szkół zawodowych i techników w ostatnich 10 latach. Z lawinowo rosnącą liczbą bezrobotnych absolwentów szkół wyższych i liceów rząd nie wie co zrobić.

Zdjęcie

Co trzecia osoba bez pracy w Polsce jest w wieku 25–34 lat /© Panthermedia
Co trzecia osoba bez pracy w Polsce jest w wieku 25–34 lat
/© Panthermedia

Przez ostatnie 10 lat wmawiano młodym, że wyższe wykształcenie chroni przed bezrobociem. To nieprawda i najlepiej widać to w Warszawie. Co czwarty bezrobotny w stolicy ma wyższe wykształcenie (por. tabela 1). I dotyczy to przede wszystkim młodych. Niemal 30 proc. osób bez zatrudnienia w Warszawie znajduje się w grupie wiekowej 25-34. Łącznie z młodymi do 25. roku życia to niemal 40 proc. stołecznych bezrobotnych.

Reklama

Oferty pracy dla Ciebie


Młodzi absolwenci uczelni, szczególnie humanistycznych, mają coraz większe problemy ze znalezieniem etatu. Problem będzie narastał, bowiem w latach 2013-2015 na polskim rynku pracy pojawi się ponad 1,3 mln absolwentów szkół wyższych - największa fala absolwentów w okresie powojennym. Obecnie studiuje ok. 2 mln osób, a ponad 1 mln uczy się w średnich szkołach zawodowych, policealnych i zasadniczych zawodowych. Rząd nie ma specjalnego programu zagospodarowania tych ludzi.

Pogardzano szkołami zawodowymi

Młodzi coraz dłużej pozostają bez pracy. W grupie warszawskich bezrobotnych w wieku 25-34 lat aż 30 proc. szuka bezskutecznie zatrudnienia już ponad rok (por. tabela 2). 26-letnia Emilia Maćkowska, którą spotykam w Urzędzie Pracy m. st. Warszawy, szuka stałej pracy od 4 lat. - Sporadycznie ktoś zatrudni mnie na umowie śmieciowej, nie mam ani jednego dnia składkowego w ZUS-ie. Dziś dostałam ofertę płatnego stażu. Tylko co to jest 800 zł dla matki z dzieckiem? Z tego się nie utrzymam - wyznaje.

Od wielu lat stopa bezrobocia wśród młodych przekracza w Polsce 20 proc. i jest ponaddwukrotnie wyższa od ogólnej stopy bezrobocia dla kraju. Wśród przyczyn wymienia się zbyt małą liczbę miejsc pracy w stosunku do liczby absolwentów i reformę edukacji, która w ostatnich 10 latach skutkowała likwidacją ok. 6 tys. szkół zawodowych i techników.

Zdjęcie

. /Tygodnik Solidarność
.
/Tygodnik Solidarność

Twórcy reformy z 1998 roku (ustawę podpisał prezydent Kwaśniewski) przyjęli dwa założenia: po pierwsze - relacja liczby absolwentów liceów ogólnokształcących do liczby absolwentów szkół zawodowych miała docelowo wynosić 80:20. A zatem liczba uczniów techników i szkół zawodowych miała się zmniejszyć z 62 proc. (w roku 2000) do docelowych 20 proc. Za najważniejsze uznawano rozszerzenie kształcenia ogólnego, które nie przygotowuje do wykonywania konkretnego zawodu. U podstaw tych koncepcji tkwiło założenie, że szkoły zawodowe, pogardliwie zwane zawodówkami, są we współczesnej Polsce niepotrzebne. I powszechnie je wyśmiewano.

- Najbardziej rozwinięte kraje Europy kształcą rzemieślników i robotników wykwalifikowanych zgodnie z potrzebami przedsiębiorstw. W Niemczech, Szwajcarii czy Austrii struktury kształcenia ponadpodstawowego są dostosowane do potrzeb gospodarki, a nie księżycowych wizji urzędników - mówi prof. ekonomii Mieczysław Kabaj, autor opublikowanej w 2012 roku analizy badawczej "Wpływ systemów kształcenia zawodowego na zatrudnienie i bezrobocie młodzieży".

- Liczba szkół wyższych znacznie przekroczyła w Polsce potrzeby gospodarki, powodując nowe bezrobocie, a pojawił się niedobór specjalistów na poziomie średnim: techników, rzemieślników i robotników wykwalifikowanych. Kształcenie powinno być skoordynowane z potrzebami gospodarki. A my kształcimy sfrustrowanych i na starcie potencjalnie bezrobotnych absolwentów - dodaje prof. Kabaj.

Produkcja bezrobotnych magistrów

Szkoły zawodowe i technika likwidowano za wszystkich rządów w ostatnich kilkunastu latach: począwszy od AWS, przez SLD, PiS, po PO. W efekcie zamknięto w całym kraju ok. 6 tys. średnich szkół zawodowych i wyrzucono na bruk większość z ponad 50 tys. nauczycieli, pozbawiając możliwości zdobycia średniego wykształcenia zawodowego ponad 900 tys. uczniów.

Zamykaniu tych szkół towarzyszyła likwidacja zakładów przemysłowych. Nastąpił za to wysyp prywatnych, humanistycznych uczelni, które na potęgę zaczęły "produkować" bezrobotnych magistrów. W efekcie, Polska zajmuje dziś w UE 3. miejsce pod względem liczby studentów na 10 tys. mieszkańców (560; wyprzedza nas Słowenia i Finlandia) i ma problem gigantycznego bezrobocia ludzi młodych. W Niemczech na 10 tys. osób jest 233 studentów, w Austrii - 263, w Belgii - 350, ale w tych uprzemysłowionych państwach wskaźnik bezrobocia młodych nie odbiega znacząco od stopy bezrobocia dla całego kraju.

Rozmowa z Sylwią Łazar, 29-letnią matką dwójki dzieci, od 2009 roku bezskutecznie szukającą stałego zatrudnienia

Od dawna szuka pani pracy?
- Od 2009 roku. Pracowałam w jednej z państwowych instytucji, jednak tylko na zastępstwo. Kiedy powiedziałam, że jestem w ciąży zrezygnowali ze mnie. Zaproponowali, że zepchną mnie do archiwum, a tam nie mogłam pracować ze względów zdrowotnych. Po informacji o ciąży nie chcieli we mnie inwestować, tak bym przeszła na wyższe stanowisko.

Co potem się działo?
- Urodziłam dziecko i siedziałam z nim w domu. Jak ma się babcię blisko albo nianię, to można iść do pracy. Gdy takich osób brakuje, trudno połączyć pracę z opieką nad dzieckiem. Żłobka chciałam uniknąć.

Pani nie może liczyć na pomoc babci?
- Nie mogę, bo babcia dziecka pracuje. Moje młodsze dziecko ma nadwrażliwość słuchową i dotykową. W przedszkolu państwowym nie życzą sobie dzieci z problemami, a do przedszkola integracyjnego nie chcą go przyjąć, bo nie jest upośledzone. Teraz córka poszła na próbę do przedszkola. Panie powiedziały, że przyjmują córkę warunkowo. Jeśli będzie OK, zostanie.

Jakie ma pani wykształcenie?
- Studiowałam etnografię, ale nie dobrnęłam do licencjatu, bo urodziłam dziecko. To były studia, po których i tak w Polsce nie ma pracy. Jak potrzebowałam pieniędzy, brałam dorywcze zlecenia.

Czyli próbuje pani jakoś sobie radzić. Państwo nie za bardzo pomaga?
- Nie mam nawet prawa do zasiłku. Teraz chciałabym zdobyć zawód, który pozwoli mi pracować w dogodnych godzinach z uwagi na opiekę nad dziećmi. Rozważam kurs masażu lub grafiki. Znalazłam profesjonalny kurs masażu, ale to kwestia kilku miesięcy, by się dobrze przygotować do wykonywania zawodu. Bo po kursie sfinansowanym przez urząd pracy, trzeba podjąć pracę albo rozpocząć własną działalność.

Kurs finansuje urząd pracy?
- Tak, daje do 5 tys. zł. Tylko trzeba podpisać zobowiązanie do podjęcia pracy.

Kurs znalazła pani sama czy zaoferował go urząd?
- Sama. Urząd organizuje różne kursy, ale akurat nie takie. Po szkoleniu będę mogła współpracować np. z jakimś centrum rekreacyjnym. Skończyłam też studium graficzne i zastanawiałam się, czy nie pójść w tym kierunku. Wtedy pracowałabym w domu. Przy dzieciach jest trudniej, bo nie można pójść do jakiejkolwiek pracy, trzeba godzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi. Przeraża mnie myśl, że córka miałaby siedzieć do godz. 18 w świetlicy przedszkolnej. Tego nie chcę.

Po co dziś pani przyszła do urzędu?
- Zapytać, czy są już pieniądze na kurs. Chciałam rozpocząć go w zeszłym roku, ale wtedy można było ukończyć tylko kurs pierwszego stopnia. A wolałabym zrobić od razu trzy stopnie, by być lepiej przygotowaną do zawodu. Bo drugi raz kursu finansowanego przez urząd pracy już nie dostanę. Porozmawiam też z doradcą zawodowym o rozpoczęciu własnej działalności.

Ile dostaje się na założenie firmy?
- Około 20 tys. zł. Wtedy sama zapłaciłabym za kurs, a te pieniądze byłyby na rozpoczęcie działalności. Jeśli zdecyduję się tylko na kurs, zablokuję sobie możliwość pracy na kilka miesięcy. Kiedy siedziałam w domu trafiały się dobre zlecenia. A na kursie trzeba być od poniedziałku do piątku minimum 5 godzin dziennie.

Poradzi sobie pani z opieką nad dziećmi?
- Mam nadzieję, że uda się z tym przedszkolem. Starsze dziecko już poszło do szkoły. Muszę sobie poradzić.

A mąż pracuje?
- Mąż w tej chwili zakłada spółkę, która ma zajmować się dystrybucją alkoholu. Wiadomo - to dochodowy biznes. Ma średnie wykształcenie, też przerwał studia. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, trudno było mu pogodzić pracę ze studiami.

Myśleliście o emigracji?
- Myśleliśmy. Ale chcielibyśmy mieć do czego wrócić.



Rozmowa z ministrem pracy i polityki społecznej Władysławem Kosiniak-Kamyszem.

Panie ministrze, co trzecia osoba bez pracy w Polsce jest w wieku 25-34 lat. Czy widzi pan potrzebę uruchomienia narodowego programu tworzenia miejsc pracy dla młodych?
- Ludzie młodzi do 30. roku życia, a to dziś grupa ok. 700 tys. osób, wymagają szczególnego wsparcia, bo kończąc edukację mają często problemy ze znalezieniem pierwszej pracy. Dlatego wszystkie możliwe pieniądze z Funduszu Pracy, np. uruchomione w tamtym roku 0,5 mld zł z rezerwy, zostały przeznaczone na aktywizację młodych osób na rynku pracy.

Ale to 0,5 mld zł, a rezerwa wynosi ok. 7 mld zł.
- Dziś rezerwa jest już mniejsza, bo plan finansowy na ten rok przewiduje większe o 1,2 mld zł wydatki na walkę z bezrobociem w porównaniu do roku 2012.

Dlaczego rząd nie uruchamia wszystkich środków Funduszu Pracy?
- Jak pan wie, obowiązują nas procedury likwidacji nadmiernego deficytu. Przekroczenie wskaźników deficytu może spowodować, że Komisja Europejska zobowiąże nas do określonych cięć. Do tego nie możemy dopuścić. Jako minister pracy nie jestem jedynym dysponentem Funduszu Pracy. Aby uwolnić środki, muszę otrzymać zgodę ministra finansów, a później komisji sejmowej.

Plany na ten rok?
- Mocne wsparcie osób do 30. roku życia. Większe środki przeznaczamy na staże, rozpoczynanie własnej działalności gospodarczej. To robimy już od 1 stycznia. Po raz pierwszy urzędy pracy dysponują realnie swoimi pieniędzmi od początku roku.

Ale, jak wyliczył Instytut Pracy i Spraw Socjalnych, Polska wydaje na programy rynku pracy 8 razy mniej niż w 27 krajach UE.
- Biorąc pod uwagę trudną sytuację budżetową wydajemy dziś maksymalnie dużo. W razie potrzeby będę występował o dodatkowe środki do ministra finansów. Wydajmy efektywnie zaplanowane 4,7 mld zł, które mamy w tegorocznym budżecie, a także środki z Europejskiego Funduszu Społecznego, bo one są dostępne w województwach. Sytuację będziemy monitorować.

Czkawką odbija się masowa w ostatnich latach likwidacja szkół zawodowych i techników. Rośnie liczba bezrobotnych z wyższym wykształceniem humanistycznym lub średnim, ale bez zawodu. Czy widzi pan potrzebę rozwoju kształcenia na poziomie średnim zawodowym, tak jak dzieje się to w krajach wysoko uprzemysłowionych?
- Kraje, które prowadzą dualny system kształcenia, a więc naukę teoretyczną łączą z praktyczną nauką zawodu - jak Niemcy czy Austria - mają dziś najniższą stopę bezrobocia. Jestem zwolennikiem takiego systemu. Wspólnie ze Związkiem Rzemiosła Polskiego realizujemy program, który pozwala na zatrudnianie uczących się jeszcze przyszłych rzemieślników. To pozwala im na zdobywanie praktycznych umiejętności. Jeśli chodzi o kształcenie zawodowe - tak, widzę potrzebę jego ponownego rozwoju. Dobrze, że w Ochotniczych Hufcach Pracy zachowano szkoły specjalistyczne, np. dla dekarzy, których bez tego pewnie by już nie było na rynku pracy.

Krzysztof Świątek


Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń