Tajny raport MEN: Nauczyciel jak wół

Środa, 5 czerwca 2013 (09:01)
Aktualizacja: Środa, 5 czerwca 2013 (10:15)

Pedagodzy znikają ze szkół zwykle przed południem. Sami jednak wyliczyli, że należą im się nadgodziny.

Zdjęcie

Nauczyciele wyliczyli, że należą im się nadgodziny /123RF/PICSEL
Nauczyciele wyliczyli, że należą im się nadgodziny
/123RF/PICSEL
Dłuższa praca nauczycieli? To się nie opłaci

Związek Nauczycielstwa Polskiego przekonuje, że wprowadzenie 40-godzinnego tygodnia pracy nauczycieli nie będzie się opłacało samorządom. czytaj więcej

Międzynarodowe zestawienia, w tym OECD, polskich nauczycieli umieszczają na szarym końcu pod względem liczby przepracowanych godzin. Tymczasem wiadomo nieoficjalnie, że sami nauczyciele wyliczyli, iż pracują znacznie dłużej. Na tej podstawie być może będą się domagać zapłaty za nadgodziny od samorządów. Co więcej, pedagodzy obawiają się, że rząd zmanipuluje korzystne dla nich wyniki raportu. W piątek ma je ujawnić Instytut Badań Edukacyjnych (IBE).

Oferty pracy dla Ciebie

- Jestem pewien, że nauczyciele pracują tygodniowo grubo ponad 40 godzin - mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. - Skoro wyniki badań są już znane, ale wciąż nie zostały przez rząd zaprezentowane, mam wątpliwości, czy nie będą zmanipulowane - dodaje.

Reklama

Oświatowe związki są przekonane, że utrącone zostaną opinie o najkrótszym - w porównaniu z innymi krajami - czasie pracy nauczycieli. - Już ze wstępnych badań wynikało, że pracują ok. 45 godzin tygodniowo - wskazuje Ryszard Proksa z NSZZ "Solidarność".

ZNP wystosował wczoraj list do Krystyny Szumilas, minister edukacji narodowej, z pytaniem, dlaczego termin publikacji badań jest odwlekany. Miały być opublikowane już w marcu. Z naszych informacji wynika, że przed miesiącem Michał Federowicz, szef IBE, dostarczył raport do MEN. Do tej pory resort opracowywał strategię, jak zaprezentować dokument, aby nie narazić się opinii publicznej, która jest przekonana o zawstydzająco krótkim czasie pracy w szkołach.

Samorządowcy, a także parlamentarzyści PO przyznają, że wyniki raportu narażające rząd na blamaż mogą kosztować szefową MEN dymisję. Mogą też zaostrzyć konflikt między gminami a nauczycielami o czas pracy. - Te badania mogą być nierzetelne, bo metodologia jest niewłaściwa - argumentuje Edmund Wittbrodt, senator PO i były minister edukacji.

Nie wszyscy nauczyciele świętują

14 października obchodzony jest Dzień Edukacji Narodowej, święto powszechnie określane Dniem Nauczyciela. W tym roku niestety nie wszyscy nauczyciele będą mieli powody do świętowania. W obecnym roku szkolnym liczba bezrobotnych nauczycieli wzrośnie o 7,5 tys. czytaj więcej

Związkowcy chcą, aby raport skutkował konkretami. - Już wygraliśmy z samorządowcami, którzy nakazali nauczycielom przebywanie w szkole po 40 godzin tygodniowo. Musieli płacić za nadgodziny - wskazuje Ryszard Proksa.

Potwierdza, że nie jest wykluczone, iż takie roszczenia będą się pojawiały ze strony nauczycieli, jeśli badania poświadczą ponadprzeciętną pracę. - Co więcej, nauczyciele nie powinni być zwalniani, jeśli pozostali pracują w nadgodzinach - dodaje Broniarz.

Przedstawiciele samorządów od początku nie traktują badań poważnie. - Niech ankieterzy przyjadą do moich szkół, w których już o godz. 12 trudno zastać w pracy nauczyciela - mówi Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz, wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP. - W podobnych badaniach za granicą zadeklarowany przez nauczycieli czas pracy weryfikują dyrektorzy. U nas w badaniu ich pominięto - argumentuje Andrzej Porawski, przewodniczący Związku Miast Polskich. Jego zdaniem każdy pracownik zapytany, ile pracuje, jest w stanie twierdzić, że nawet 20 godzin dziennie. Nikt go przecież za to nie ukarze.

Ile naprawdę pracuje nauczyciel?

Badanie przeprowadzono na próbie ok. 8 tys. nauczycieli z ponad 600 tys. wykonujących ten zawód. Część z nich wypełniała specjalny dzienniczek, a pozostali byli pytani przez ankieterów, ile w poprzednim dniu poświęcali czasu na pracę i jakie czynności wykonywali.

Komentarz

Zapracowany jak nauczyciel

MEN, czyli ministerstwo do spraw przekładania reform (patrz sześciolatki w szkołach, zmiany w Karcie nauczyciela, powszechny dostęp do przedszkoli), nie może wciąż zdecydować o terminie publikacji raportu o czasie pracy nauczycieli. Można podejrzewać, że zawarte w nim dane nie są po myśli rządzących. Jeśli okaże się, że po latach badań nauczycielom nie tylko nie można zwiększyć pensum, ale wręcz trzeba im płacić za nadgodziny, cała Polska skona w spazmach śmiechu. Bo kto oprócz nich ma prawo do wakacji, ferii, wolnego przed świętami i po świętach, a na dodatek ewidencjonowane tak naprawdę 18 godz. pracy tygodniowo?

A miało być tak pięknie. Badanie czasu pracy teoretycznie powinno wykazać - ku uciesze płacących krocie na edukację samorządów - że nauczycielom można dołożyć parę godzin pracy. W końcu przecież potwierdzają to inne raporty, w tym np. OECD. Rząd zapomniał jednak, że nauczyciele to wytrawny przeciwnik, który np. jako jeden z nielicznych wywalczył sobie wcześniejszą możliwość zakończenia aktywności zawodowej. Skutecznie broni przywilejów nadanych jeszcze w poprzednim ustroju. Do tej pory, mimo prób i zapowiedzi, nie udało się zmienić karty w takim zakresie, w jakim zmodyfikowano przepisy ubezpieczeniowe czy nawet kodeks pracy.

Wierząc, że w prowadzonych na potrzeby raportu dzienniczkach zajęć nauczyciele wykażą, że chcą pracować dłużej, rządzący mogli popełnić kardynalny błąd. I piękne marzenia o wydłużeniu pensum zmienią się w piękną katastrofę.

Łukasz Guza
kierownik działu praca

Pedagog ma prawo pracować dłużej

Wojewodowie, sędziowie, a nawet kuratorzy są przekonani, że część nauczycieli może pracować dłużej niż 20 godz. tygodniowo. A o liczbie tygodniowych zajęć mają decydować radni, a nie ustawa.

Od wydania wyroków sądowych, które dopuszczają wydłużenie pensum nauczycieli specjalistów, w tym m.in. logopedów, doradców zawodowych, a także pedagogów minął już ponad rok. Większość radnych zdecydowała się więc podwyższyć im pensum z 20 do ponad 30 godz. tygodniowo. Oświatowe związki próbują jednak wciąż blokować uchwały, w których pensum jest wyższe.

Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) w ostatnich dniach domagał się od wojewody i kuratora śląskiego zakwestionowania uchwały rady gminy w Bobrownikach. Tam zdecydowano się na zwiększenie pensum do 33 godz. tygodniowo. Związkowcy argumentowali, że przez tak podwyższone pensum nauczyciele nie mają czasu na realizację godzin karcianych, a także zadań statutowych szkoły. Dodatkowo w ramach 40 godz. tygodniowo nauczyciele muszą znaleźć czas na podwyższanie kwalifikacji.

Argumentacja ta nie przekonała Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Nie dopatrzył się on nieprawidłowości, które uprawniałyby go do jej uchylenia lub odwołania się od niej do wojewódzkiego sądu administracyjnego.

W podobnym tonie wypowiedziało się w tej kwestii śląskie kuratorium. Według niego podjęta uchwała nie jest sprzeczna z art. 42 ust. 2 Karty nauczyciela.

- Dla pedagogów na pewno jest to znacząca różnica, bo przed rokiem mieli 20 godz. zajęć tygodniowo, a obecnie ten czas zwiększa się o kolejne 13 - mówi DGP Stanisław Fiołek, dyrektor Gminnego Ośrodka Zespołu Oświaty w Bobrownikach.

Tłumaczy, że nauczyciele nie mają jednak podstaw kwestionowania uchwały, bo przez krótszy czas (siedem godzin) będą wykonywać pozostałe zadania.

Samorządy przy podwyższaniu pensum powołują się na uchwałę Sądu Najwyższego w powiększonym składzie siedmiu sędziów z 21 marca 2012 r. (III PZP 2/12). Orzekł on wtedy, że rada gminy, a nie Karta nauczyciela, ma decydować o liczbie zajęć m.in. dla pedagogów szkolnych, psychologów, logopedów czy doradców zawodowych. Mogą więc oni pracować nawet do 40 godz. tygodniowo. Podobny wyrok zapadł w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie z 14 lutego 2012 r. (sygn. akt II SA/Wa2771/11).

Artur Radwan

5 czerwca 2013 (nr 107)

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

Dziennik Gazeta Prawna
POLECANE zwiń