Szok na rynku pracy

Niedziela, 9 września 2007 (08:18)

Sygnały dochodzące z rynku pracy z jednej strony wpędzają niemal w stan euforii, z drugiej - poważnie niepokoją. Rośnie zatrudnienie, spada stopa bezrobocia - pod względem jej wielkości nie jesteśmy już na pierwszym, a na drugim miejscu w UE. Ale spada też i tak najniższy wskaźnik zatrudnienia (52,8 proc., w UE 65,2 proc.), fala migracji zarobkowej raczej podnosi się niż opada, a przedsiębiorcy prorokują, że brak rąk do pracy zahamuje wzrost gospodarczy.

Zdjęcie

/AFP
/AFP
Brak inżynierów i wysokiej klasy informatyków prof. Władyslaw Kot, prorektor Politechniki Gdańskiej na łamach "Gazeta Praca" ocenia jako zagrożenie cywilizacyjne dla Polski. Informatyków zabraknie w przyszłym roku, ale już teraz brakuje 200 tys. budowlańców, firmy nie przyjmują nowych zleceń, odwoływane są przetargi, a o budowie na czas stadionów, autostrad i hoteli w związku z Euro 2012 nie ma już co marzyć. Wzrosną ceny usług (nawet o 30 proc.), wydłuża się i już wydłużają kolejki w supermarketach, bo brak kasjerów, a na dodatek nikt nas nie obroni - policji brakuje pięć tysięcy funkcjonariuszy. Ta ponura wizja według cytowanej gazety (z 20 sierpnia) to cena za rynek pracy nastawiony na pracownika.

Można nie zgadzać się z interpretacją, ale rynek pracy faktycznie przestaje być rynkiem pracodawcy i w pewnych segmentach staje się nareszcie bardziej rynkiem pracownika. Nie znaczy to jednak, że bezrobocie znikło, a jedyny kłopot to brak rąk do pracy. Luka zatrudnieniowa dzieląca Polskę od reszty państw członkowskich UE, według ekspertów rynku pracy (dr M. Bukowski, Instytut Badań Strukturalnych) wcale nie zmalała, dystans jest taki sam, wciąż ciągniemy się w ogonie.

Mimo wysokiego tempa rozwoju gospodarczego w urzędach pracy zarejestrowanych jest ponad 1,8 mln osób, a stopa bezrobocia zgodnie z definicja Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) wynosi 10,6 proc. Definicja ta jest powszechnie uznawanym standardem (także w GUS-owskich Badaniach Aktywności Ekonomicznej Ludności - BAEL). Za bezrobotnego uważa się według niej osobę, która nie pracuje, aktywnie poszukuje pracy i jest gotowa podjąć ją od zaraz. Jeśli nawet część zarejestrowanych w urzędach nie poszukuje pracy, a pomocy społecznej to nie znaczy, że to naciągacze, wyróżniający się "roszczeniową postawą". Sprawa jest bardziej skomplikowana, o czym niżej.

Pracodawcy twierdzą, że rynek pracy to dla firm najtrudniejsza obecnie bariera. Powstaje więc pytanie: co dalej? Co nas czeka? Co robić? Warto, jak sądzę, odpowiedzi poszukać w publikacji "Przyszłość rynku pracy w Polsce" prof. Andrzeja Karpińskiego, wieloletniego sekretarza naukowego Komitetu Prognoz "Polska 2000 Plus" PAN, a obecnie wiceprzewodniczącego tego gremium (przewodniczy prof. Leszek Kuźnicki).

Może, ale nie musi być lepiej

Prof. Karpiński uważa, że od momentu naszego wejścia do UE powstają przesłanki do radykalnego zmniejszenia bezrobocia, tj. do poziomu bliskiego tzw. naturalnej stopie bezrobocia: 4 - 6 proc. w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Obserwujemy bowiem, dowodzi, po raz pierwszy od 1989 r. szybki wzrost i przesuwanie się popytu na towary i usługi wytwarzane w kraju, stoimy w obliczu skokowego wzrostu popytu mieszkaniowego i przesuwania się popytu właśnie na ten kierunek rokujący największe szanse na pobudzenie produkcji krajowej, co nawet przy wzroście wydajności będzie wymagać zwiększenia zatrudnienia. Otwiera się też, po drugie, dostęp do szerszego wykorzystania funduszy pomocowych UE: 9 mld zł euro rocznie, z czego co najmniej 2/3 stanowić będą inwestycje, stwarzające popyt na pracę w kraju.

Po trzecie - stopniowo zmniejszać się będzie nacisk sytuacji demograficznej jako źródła bezrobocia, od 2010 r. spadać będzie liczebność ludności w wieku produkcyjnym. Po czwarte - w związku z globalizacją rynku usługowego rosną szanse na wykorzystanie międzynarodowej koniunktury dla rozwoju usług typu offshoringu. I wreszcie, po piąte, do roku 2011 włącznie otwierać się będą stopniowo rynki pracy innych krajów (poza już otwartymi), a migracja zarobkowa wymusi wzrost płac w kraju. Będzie szedł za tym wzrost popytu na towary krajowe.

Profesor uważa, że żaden z tych pięciu czynników nie występował przed akcesją, co stwarza dla nas historyczną szansę. - Nie ma i nie będzie tu jednak żadnych automatyzmów. Konieczny jest przemyślany zdeterminowany wysiłek w dłuższym okresie czasu niż poszczególne kadencje parlamentu, silnie wspomagająca rola państwa, uzgadnianie celów przez wszystkie siły polityczne w kraju i uznanie problemów przyszłości za priorytet najwyższej wagi.

Choć brzmi to w obecnej sytuacji jak głos wołającego na puszczy, warto to wołanie wziąć nie tyle do serca, co do rozumu. Optymistyczne sygnały nie powinny bowiem przysłaniać wciąż istniejących zagrożeń dla przyszłości rynku pracy w Polsce.

* Pierwsze z nich to tendencja do dezaktywizacji zasobów pracy. Występowała ona w większym niż w innych krajach UE nasileniu w całym okresie transformacji i utrzymuje się w dalszym ciągu. Poziom zatrudnienia zmniejszył się pomiędzy 1989 a 2005 rokiem aż o 4,3 mln osób, z ponad 17,5 mln na początku transformacji do blisko 13,3 mln pracujących dla lata temu. Nie można tego wytłumaczyć tylko redukcją zatrudnienia w rolnictwie, gdyż wyniosła ona 2 mln osób. Przerosty zatrudnienia były - jak to ujmuje profesor - niepodważalnym faktem. Trudno jednak mówić o "racjonalizacji", kiedy poziom zatrudnienia w szeregu przypadków obniżył się do 15-30 proc. stanu wyjściowego. Było to już raczej przejawem rzeczywistej, fizycznej likwidacji miejsc pracy, a nawet niektórych niemal całych branż.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń