Praca w Niemczech: Minijob, czyli mały etat

Niedziela, 18 grudnia 2011 (06:00)

Niemcy mają swój własny, oryginalny pomysł na bezrobocie. Nazywa się "minijob". Jest to wyjątkowa forma zatrudnienia, na niepełny etat, wygodna dla pracownika i oszczędna dla pracodawcy. Z ofertami typu minijob coraz częściej spotykają się teraz także nasi rodacy, korzystający z wolnego dostępu do niemieckiego rynku pracy.

Zdjęcie

W ramach minijob pracuje wiele Polek, które zajmują się opieką nad starszymi /© Panthermedia
W ramach minijob pracuje wiele Polek, które zajmują się opieką nad starszymi
/© Panthermedia
W ramach minijob można zarobić nie więcej niż 400 euro miesięcznie. W Niemczech jest to forma zatrudnienia, z której korzystają przede wszystkim nieletni (od 16. roku życia), studenci, gospodynie domowe oraz bezrobotni. Ci ostatni nie tracą uprawnień do zasiłku.

Niskie koszty

Minijob wszystkim się opłaca. Pracownikowi, bo po jego stronie nie ma żadnych obciążeń podatkowych ani nie musi łożyć na składki ubezpieczeniowe. Jeśli nie posiadamy żadnych innych dochodów, płaca brutto równa się netto, a więc wynosi 400 euro.

Reklama

Określone koszty ponosi za to pracodawca, który opłaca w imieniu pracownika składkę rentową (15 proc.), chorobową (13 proc.) oraz zryczałtowany podatek dochodowy (2 proc.). W przypadku pracy w charakterze pomocy domowej (a pod takim szyldem zwykle pracują w Niemczech polskie opiekunki) składki - rentowa i chorobowa - są jeszcze niższe - wynoszą tylko po 5 proc. W sumie tzw. koszty pozapłacowe są znacznie niższe niż przy normalnym zatrudnianiu, na pełny etat.

Z tej okazji bardzo chętnie korzystają niemieccy pracodawcy, szczególnie właściciele małych firm. Na warunkach minijob zatrudniają najczęściej osoby, które przebywają na bezrobociu, z prawem lub bez prawa do zasiłku. Większość tego, co zarobią, jest im później potrącane z comiesięcznego zasiłku dla bezrobotnych lub socjalnego.

Nasuwa się pytanie, po co w takim razie w ogóle podejmują się takiej pracy. Otóż w praktyce minijob bywa tylko przykrywką do normalnej, pełnoetatowej pracy. Bezrobotni cały czas biorą od państwa zasiłki, a od pracodawcy dostają dwie wypłaty, jedną oficjalnie - owe 400 euro, a drugą pod stołem - np. 1000 euro. Taki system wszystkim pasuje. Niemieckie urzędy pracy zdają sobie sprawę z tego powszechnego wręcz procederu, ale nikt nie dąży do zlikwidowania czy choćby ograniczenia rozmiarów tego zjawiska.

Teraz Polacy

Do 1 maja br. mieliśmy duże problemy ze zdobyciem w Niemczech legalnej pracy i dlatego kwestie związane z minijob w zasadzie nas nie dotyczyły. Zmieniło się to jednak wraz z uwolnieniem niemieckiego rynku pracy. Obecnie także nasi rodacy spotykają się z ofertą nie do odrzucenia. Niektórzy niemieccy pracodawcy mówią wprost, albo zgodzimy się na niepełny etat, czyli minijob, albo pracy nie będzie wcale. Oczywiście, faktycznie zatrudniają na cały etat, a nawet i więcej, bo z nadgodzinami.

Co ciekawe, w ramach minijob pracuje wiele Polek, które zajmują się opieką nad starszymi. Oficjalnie są zatrudniane jako pomoce domowe, do tego dochodzące, pracujące po kilka godzin dziennie, tak aby miesięcznie nie wyszło więcej niż 50-60 godzin pracy. Tymczasem naprawdę pracują po kilkanaście godzin, a do dyspozycji muszą być przez całą dobę. Swoją drogą śmieszne jest, że niemieckie urzędy przyjmują do wiadomości zatrudnianie Polek na warunkach minijob. Która bowiem wyjechałaby do Niemiec, aby pracować po 2 godziny dziennie i zadowolić się zarobkiem rzędu 400 euro... Niemieccy urzędnicy zdają się nie dostrzegać tego absurdu.

Zanim zdecydujemy się pracować pod szyldem minijob bądźmy świadomi, że wykazywanie przez dłuższy czas niskiego dochodu odbije się później w postaci niższych świadczeń pracowniczych, a nawet brakiem dostępu do niektórych z nich.

Józef Leszczyński

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń