Nie czekaj aż cię złowią

Czwartek, 3 maja 2007 (07:45)

Rynek pracy menedżerów. Nadeszły złote czasy na łapanie menedżerskich wyzwań i okazji. No, niemal złote czasy. Koniunktura gospodarcza i otwarcie rynku pracy nie zastąpią własnej aktywności i... odrobiny szczęścia.

Zdjęcie

/AFP
/AFP
Rozmowy z head-hunterami nie pomogły mi tak bardzo do czasu, aż któryś z nich stwierdził, żebym zbyt nie liczył na... head-hunterów - ujawnił Wiesław Rozłucki w kilka miesięcy po zakończeniu kariery prezesa warszawskiej giełdy. - Starali się mnie uczulić na to, bym polegał głównie na sobie - zabiegał o stanowisko i był aktywny, a oni wówczas mi pomogą, chociażby w ukierunkowaniu dalszej kariery.

Rozłucki, jak na powszechnie rozpoznawalnego menedżera przystało, ze znalezieniem pracy nie miał kłopotu. Dzisiaj "szuka" go ona tak często, że bywa, iż to on z braku czasu musi rezygnować z niektórych nowych wyzwań. Zapewne w znalezieniu nowego zajęcia oprócz umiejętności pomogło mu znane nazwisko.

Reklama

Na polskim rynku pracy z reguły łatwiej mają także specjaliści o wyjątkowych zdolnościach. Jednakże co z tymi, których wiedza oraz umiejętności są w miarę standardowe? Cóż, okazuje się, że ich sytuacja coraz częściej podobna jest do tej, w jakiej znajdują się znani z pierwszych stron gazet prezesi wielkich firm. Czyli - to praca szuka ich, a nie oni pracy.

Składają się na to trzy podstawowe przyczyny: pięcioprocentowy wzrost gospodarczy, wiele nowych inwestycji (i rozszerzenie starych) oraz otwarcie unijnego rynku pracy. Wśród setek tysięcy Polaków emigrujących za chlebem - obok pielęgniarek, hydraulików czy blacharzy niewielki odsetek stanowią specjaliści od zarządzania. Nawet jeśli przyjąć, że dotychczas tylko co setny wyjeżdżający to menedżer, to i tak w skali całego kraju robi się z tego od kilku do kilkunastu tysięcy zwolnionych stanowisk kierowniczych różnych szczebli.

- Do tego dochodzą naturalne awanse na zarządcze europejskie pozycje menedżerów, którzy już się sprawdzili w roli szefów na Polskę - uzupełnia Piotr Wielgomas, prezes firmy doradztwa personalnego Bigram. - A to otwiera pole dla niedawnej kadry rezerwowej (tzw. young potentials), która obserwowała sytuację z "drugiego rzędu", a w międzyczasie podrosła.

Międzynarodowe korporacje tworzą nowe możliwości, nie tylko "wysysając" ludzi z zajmowanych przez nich dotychczas miejsc pracy, ale i "wstrzykując" na rynek nowe posady. Państwowa Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych co raz to informuje o kolejnych polskich inwestycjach wielkich międzynarodowych firm. A to Philips, a to Shell, czy ostatnio Accenture - każda z tych spółek utworzy w naszym kraju co najmniej kilkaset nowych miejsc pracy. A nimi - wiadomo - trzeba będzie zarządzać. Znajdzie się zatem zajęcie dla kolejnych kilkunastu czy kilkudziesięciu rodzimych menedżerów najróżniejszych szczebli.

- Obecnie ekspaci "zesłani" przez centralę aż do Polski to z reguły tylko prezes, może jeszcze jego zastępca, choć i to niekoniecznie - przypomina Wielgomas. - Resztę stanowisk zarządczych trzeba obsadzać Polakami.

Piotr Stępień, partner zarządzający w Novelty Consulting, studzi jednak ten huraoptymizm.

- Oczywiście, gdy gospodarka się rozwija, to "ssanie" obejmie i kadrę zarządzającą - zauważa Stępień. - Problem w tym, że część inwestycji to po prostu przeniesione z zagranicy biura, potrzebujące wyłącznie rąk do rejestrowania faktur.

Rzeczywiście, o ile w "normalnej" firmie, każdy pięcio- czy siedmioosobowy zespół potrzebuje przynajmniej kierownika, o tyle w spółkach stawiających na tego typu outsourcingową działalność standardowe proporcje między zwykłymi pracownikami a zarządzającymi są zaburzone. Nie kryje tego Halina Frańczak, dyrektor marketingu Accenture Polska. Uzasadniając wybór Warszawy na nowe centrum usług outsourcingowych, wskazuje (obok stabilnej sytuacji ekonomicznej i potencjału rynku) głównie na dużą grupę wysoko cenionej i wykształconej rzeszy absolwentów. Nie zmienia to jednak faktu, że ruch w interesie rośnie, choć...

- Proporcja pomiędzy kierującymi a kierowanymi w zasadzie się nie zmienia - uzupełnia Stępień, który w branży działa siedem lat. - Stale na pięciu specjalistów od umownej linii produkcyjnej potrzebny jest jeden menedżer.

Wszystkie wymienione powyżej przykłady to inwestycje w dużych miastach, a przynajmniej w ich pobliżu. A przecież stolica, Łódź lub Wrocław nigdy nie miały trudności z przyciąganiem ludzi energicznych i przedsiębiorczych. Zatem ożywienie w tych miejscach nikogo nie dziwi. Jednak wiele polskich green-fieldów rzeczywiście zaczyna się w szczerym polu. I to właśnie rodzi szanse dla zdecydowanych i głodnych sukcesu menedżerów. Inwestorzy mają bowiem problem, bo o ile znaleźć miejscowych do pracy przy maszynie zawsze się uda, to już zachęcić do przyjazdu ich szefów, przyzwyczajonych do wygodnego miejskiego życia, nie jest już tak łatwo. Bonusy typu -samochód i laptop - nikogo nie przyciągną.

W efekcie na prowincji dzieje się sporo i ciekawie. Centrum Doradztwa Personalnego K&K Selekt, z główną siedzibą w Rzeszowie, na brak zajęć nie narzeka. Jeszcze w 2003 r. firma dostała 66 zleceń na wyszukanie menedżerów dla swoich klientów z Polski. Rok później - 80, w 2005 - 95, zaś miniony rok zakończono 114 ofertami pracy dla kadry kierowniczej. Skuteczność jej poszukiwań utrzymywała się w tym czasie na poziomie 80 - 90 procent.

Lecz Barbara Osuchowska, menedżer projektów ds. rekrutacji K&K Selekt, zwraca uwagę na stale rosnącą liczbę migrujących menedżerów. Trzy i cztery lata temu przyjezdnym był co czwarty fachowiec, zatrudniony przez klientów K&K Selekt, w 2005 r. - co trzeci, a w 2006 - aż 41 procent.

W styczniu i lutym tego roku spoza regionu podkarpackiego przyjechało aż dziesięciu menedżerów na trzynastu zatrudnionych (na 21 zleceń).

- Podkarpacie nie jest może najatrakcyjniejszym regionem dla menedżerów, w końcu to nie Dolny Śląsk przeżywający inwestycyjny boom, ale jak widać, ma sporo do zaoferowania - uważa Osuchowska. - Menedżerów przyciągają może nie tyle lepsze zarobki, co możliwość rozwoju zawodowego w znanych międzynarodowych firmach.

Faktycznie - region w najbliższym czasie wchłonie wielu specjalistów, i to w nie byle jakiej branży, bo lotniczej. Na razie kompletowany jest personel, który będzie przyjmować do pracy kolejnych chętnych. A to nie lada wyzwanie zawodowe - na tyle atrakcyjne, by złowić na firmową wędkę nawet doświadczonych zarządzających - i to z samej Warszawy.

Świetnym przykładem takiego "złowionego" menedżera jest Joanna Drozd. Po kilkunastu latach pracy w stolicy, w korporacjach branży spożywczej (Land O'Lakes i Animex), oraz w charakterze samodzielnego konsultanta ds. strategicznego zarządzania personalnego, została dyrektorem HR w WSK PZL Rzeszów. Zapewnia, że o zmianie pracy nie myślała, ale przy okazji innego projektu namierzono ją i skuszono ofertą. Zastanawiała się miesiąc.

- Ujęła mnie wizja właściciela, amerykańskiej grupy UTC, oraz prezesa, ich pragnienie, żeby WSK PZL Rzeszów wszedł do światowej ligi firm lotniczych - mówi Drozd. - Tego nie da się zrobić bez HR-u na światowym poziomie.

By podkreślić, że spółka traktuje to zadanie wyjątkowo poważnie, dano jej swobodę działania, zaś zajęte stanowisko włączono do zarządu firmy. To mobilizuje do wytężonej pracy, nawet jeżeli wynagrodzenie nie wzrosło, a dodatkowo już na starcie trzeba było się nauczyć zupełnie dotychczas obcej sobie branży.

Korporacyjną sieć zarzucono również na Piotra Szkutnickiego. On też jest HR-owcem, który ostatnio zmienił firmę, chociaż lepiej byłoby powiedzieć, że to ona upatrzyła sobie jego. Półtora roku temu po okazjonalnej i niezobowiązującej rozmowie z przedstawicielami Unilevera, po prostu zapadł im w pamięć. A gdy po roku polecił go jeszcze na kierownicze stanowisko zaufany pracownik tej globalnej korporacji - było niemal po sprawie. Wszystkie wymagane etapy rekrutacji, w tym rozmowy kwalifikacyjne w holenderskiej centrali, przebiegły bardzo szybko.

- Powiedzieć, że wystarczył sam net- working, to będzie przesada - mówi skromnie. - Mam nadzieję, że zaważyło moje piętnastoletnie doświadczenie.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń