Gonitwa, która nas zabija. Polacy stali się ofiarami walki o godną pracę

Poniedziałek, 5 października 2015 (06:00)

Jeśli człowiek już coś w życiu ma, kupił mieszkanie, wybudował dom, zwykle na kredyt, to jest totalnie uwiązany. Zanim go sprzeda, mija półtora roku. Im większy lokal, tym dłużej. A trzeba z czegoś żyć. Łatwiej kupić bilet na samolot, wynająć kąt w Irlandii, niż każdego dnia wsiadać w pociąg Łódź – Warszawa.

Zdjęcie

Polacy stali się ofiarami walki o godną pracę... /123RF/PICSEL
Polacy stali się ofiarami walki o godną pracę...
/123RF/PICSEL

Jeździmy za nauką i pracą setki kilometrów, zmieniamy zawody, miejsca zamieszkania i kraje. Ponad 2 mln Polaków siedzi za granicą, miliony pałętają się po kraju w poszukiwaniu lepszego życia i miejsca dla siebie. Choćby słoiki - to nowa nazwa odnosząca się do tych, którzy wyemigrowali do stolicy. Ale przecież nie chodzi tylko o tych, którzy postanowili się zaczepić w Warszawie.

Wrocław, Poznań, Kraków, Gdańsk - duże miasta jak wielkie elektromagnesy ściągają do siebie ludzki żywioł. I nie zatrzymuje nas kiepska komunikacja, trudna sytuacja na rynku nieruchomości, biurokracja. Ani cena, jaką za to bycie w ruchu płacimy: wielkie zmęczenie, brak snu, godziny spędzone w drodze, pozrywane więzy rodzinne. Wykorzenienie, ciągłe uczucie niepewności: co będzie jutro? Bo o pojutrzu trudno myśleć.

Reklama

Socjolog: Polska rajem inwestorów, ale piekłem pracowników /PAP

Mobilność niejedno ma imię. Choć ostatnimi czasy to określenie przyzwyczailiśmy się wiązać z telefonami komórkowymi, w swoim pierwotnym znaczeniu jest niczym innym jak pewną ruchliwością. Przestrzenną zdolnością do zmiany miejsca zamieszkania i pracy, ale też elastycznością społeczną, kulturową i zawodową, która pozwala nam w szybki sposób przystosowywać się do nowych sytuacji i wyzwań.
Często jako wzorzec nieruchawym z definicji Polakom przeciwstawia się niezwykle szybkich i elastycznych mieszkańców Stanów Zjednoczonych, którzy nauczyli się pokonywać olbrzymie przestrzenie w pogoni za kawałkiem chleba. Przyzwyczaili do tego, że nic nie jest stałe i wieczne, więc aby przetrwać, trzeba się przeistaczać, przekwalifikowywać, gnać do przodu. Ten amerykański mit - że z pucybuta można stać się milionerem, jeśli tylko dobry Pan Bóg nie poskąpił człowiekowi talentów i przedsiębiorczości - stał się kołem zamachowym potęgi tego kraju.
Ale gdzie tam do tych Amerykańców nam, Polakom. Szaraczkowej szlachcie i chłopom pańszczyźnianym przywiązanym do kawałka ziemi. Kamieniom obrośniętym mchem.

Historia i rzeczywistość dobitnie pokazują, że to nie tak. Choć jak większość ludzi na świecie jesteśmy przywiązani do swojego kawałka przestrzeni, widoku za oknem, rodziny, kraju (tutaj zbliżenie na wierzbę płaczącą), to jeśli rzeczywistość nas zmusi, potrafimy się ruszyć. 

I znowu rynek będzie pracownika: Firmy już mają problem ze znalezieniem specjalistów

Jedna trzecia średnich i dużych firm w Polsce ma problem ze znalezieniem odpowiednich fachowców. czytaj więcej

Takich momentów wzmożonej mobilności można by znaleźć w naszej historii wiele, kiedy wygnani biedą albo bolesnym kopem historii błąkaliśmy się po świecie: czasy Wielkiego Kryzysu, które zapędziły nas do USA, II wojna światowa - wywózki, łapanki, przesiedlenia, ucieczki. Powojenna wędrówka narodu z Kresów na Ziemie Odzyskane. I jeszcze ta ze wsi do miasta. Skoki za żelazną kurtyną za komuny, bilety rozdawane przez władze podejrzanym politycznie - tylko w jedną stronę...

Teraz też: ciągle słyszymy o tym, jaką zaletą jest ruchliwość i elastyczność, jak to nowocześnie, że świat, że Unia. Prawda jest jednak prostsza i bardziej bolesna. Nie ma roboty za naszym płotem. Więc kto nie maszeruje, ten ginie.

Kariera wędrownika

- Wbrew pozorom nasze pokolenie nie jest jakoś szczególnie inne niż poprzednie - zauważa Wojciech Wiewiórowski, do zeszłego roku generalny inspektor ochrony danych osobowych, dziś zastępca europejskiego inspektora ochrony danych. Jego ojciec, jak opowiada, pochodził z Bełchatowa. Mama z okolic Gdańska. Ojciec był architektem, mama - położną. Szukali na przełomie lat 60. i 70. lepszego miejsca do życia dla swojej rodziny. I pracy. Mieszkali najpierw w Słubicach nad Odrą (rok), potem w Wągrowcu na Pałukach (też rok), potem w Łęczycy pod Łodzią (11 lat), aby w końcu po 14 latach osiąść w Gdańsku. 

Wiewiórowski - pracując w administracji publicznej - pobił ich osiągnięcia. Przez 8 lat i 10 miesięcy, dwa razy w tygodniu, przemierzał samochodem trasę Warszawa - Gdańsk. Jakieś 400 km średnio rzecz biorąc. - Za własne pieniądze, żeby nie było - zastrzega. Jak wyliczył, pokonał w tym czasie ok. 360 tys. km. Jeździł, bo jakoś nie mógł się do mieszkania w stolicy przekonać, wolał pomorskie klimaty i znajomych. Teraz zdecydował się przeprowadzić z całą rodziną do Brukseli. I, jak mówi, ma zaledwie 600 m piechotą do pracy. To jest coś.

Czemu wspominam o Wojciechu Wiewiórowskim? Choćby dlatego że jest znany. I także z tego powodu, że losy jego i jego rodziny nieźle oddają to, co się z nami jako ze społeczeństwem stało. Wprawdzie nie każdemu Kowalskiemu było dane zdobyć takie wykształcenie, jak byłemu GIODO, nie każdy miał szansę zrobić międzynarodową karierę, ale wielu z nas się stara. Na miarę swoich możliwości i sił. A każdego tak samo bolą pośladki i kręgosłup od długich godzin spędzanych w drodze. I serce, kiedy tygodniami, bywa, nie widzi się kochanych osób.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

Dziennik Gazeta Prawna
Więcej na temat:praca | praca w Polsce | Polska
POLECANE zwiń