Chcemy chleba i katastrof! Czyli o deregulacji zawodów oczami polityków

Środa, 4 kwietnia 2012 (06:00)

Deregulacja zawodów budzi wiele skrajnych emocji. Nie pomagają nawet konsultacje społeczne: okazuje się bowiem, że i tu opinie badanych są mocno podzielone. Przedstawiciele zawodów, które mają zostać "zderegulowane" są zdecydowanie przeciwni ustawie, natomiast ma ona wielkie poparcie wśród bezrobotnych.

Zdjęcie

Przedstawiciele zawodów, które mają zostać "zderegulowane" są zdecydowanie przeciwni ustawie /© Panthermedia
Przedstawiciele zawodów, które mają zostać "zderegulowane" są zdecydowanie przeciwni ustawie
/© Panthermedia
Trudno zresztą dziwić się ich stanowisku. Dziś są bez pracy, ale być może za parę miesięcy nie będą wiedzieć w co ręce włożyć! Przykładowy rozkład dnia takiej osoby? Do południa jest trenerem szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego (według zasad ustawy brak znajomości reguł danej dyscypliny nie będzie tu żadną przeszkodą), po treningach zajmuje się obrotem nieruchomościami (do wykonywania tego zawodu potrzebny jest wyłącznie telefon komórkowy), a w godzinach wieczornych przesiada się na taksówkę. Tu, niestety, powinno się zainwestować: nie tylko we własny środek lokomocji, ale i w "koguta" na dachu.

Pobierz za darmo program PIT 2011

Przyjrzyjmy się tej sprawie nieco z boku, to jest bez osobistego zaangażowania. Zastanówmy się więc, jakie będą konsekwencje wprowadzenia ustawy dla rynku pracy.

Po pierwsze: Nie przybędzie stanowisk pracy

Reklama

Dlaczego? Bo zwiększenie zatrudnienia w danej dziedzinie nie spowoduje wzrostu ilości klientów. Na przykład: nie zmieni się ilość osób, które planują kupić mieszkanie (potrzebny jeden agent) i tym samym nie zwiększy się zapotrzebowanie na nowe kancelarie notarialne (przy zakupie nieruchomości potrzebny jest jeden notariusz).

Po drugie: W zderegulowanych zawodach spadną zarobki...

...zmniejszy się bowiem dochodowość danej branży. Podwójnie. Dlaczego? Zwiększy się ilość osób świadczących daną usługę, a na dodatek usługi te potanieją - "wchodzący" na dany rynek będą mogli zachęcać jedynie ceną (bo przecież nie wiedzą, czy jakością usługi). Wyjaśniam to na przykładzie: załóżmy, że obecnie w danym mieście funkcjonuje 100 kancelarii notarialnych i osiągają one łączny przychód na poziomie 3 mln zł miesięcznie, co daje średnią 30 tys. zł na jednego notariusza. Po wprowadzeniu ustawy otworzy się w tym mieście kolejne 20 kancelarii, które wejdą na rynek z cenami niższymi średnio o 20 proc. W konsekwencji spowoduje to spadek cen u wszystkich notariuszy (obniżka cen "reglamentowanych usług" to jedna z wiodących idei ustawy). Do podziału będzie więc 2,4 mln zł (3 mln zł minus 20 proc.) i tę kwotę trzeba podzielić na 120 kancelarii - wychodzi więc 20 tys. zł miesięcznie. Niby dużo, pamiętajmy jednakże o kosztach, które z pewnością nie spadną w wyniku wprowadzenia ustawy (wynajem lokalu w dobrym punkcie to często kwota na poziomie 10 tys. zł miesięcznie).

Oczywiście, podobne kalkulacje możemy przeprowadzić w każdej profesji, która będzie "zderegulowana" - łączne przychody danej branży najczęściej będą niższe, na dodatek kwotę tę trzeba będzie podzielić przez większą ilość zatrudnionych. Obniżenie zarobków dotknie więc nie tylko osoby pracujące w branżach wysokodochodowych (np. notariuszy); wynagrodzenia spadną także w zawodach, w których już dziś zarabia się ledwie na chleb z masłem.

Po trzecie: Spadnie jakość usług

To dość oczywiste stwierdzenie - skoro wprowadzamy do danej branży przypadkowe osoby, raczej nie podniosą one poziomu usług w tej dziedzinie.

Teoretycznie odbiorcy zderegulowanych usług będą zadowoleni: spadną ceny. Na przykład: za kurs taksówką po mieście zapłacimy nie 20 zł, ale co najwyżej 18,50. W praktyce jednak może się okazać, że więcej będziemy mieli z tego tytułu strat niż korzyści. Dość częstym przypadkiem będzie poszukiwanie pracy nie tylko w zawodzie wyuczonym, ale gdziekolwiek, aby gdzieś się po prostu załapać, aby nie umrzeć z głodu. Jakie mogą być konsekwencje takiej nieoczekiwanej zmiany miejsc? Prześledźmy to na przykładzie: wsiadamy do taksówki, którą kieruje hydraulik, zderegulowany taksówkarz zapisuje się do policji i łapie przestępców, eks-policjant zatrudnia się w zakładzie fryzjerskim i strzyże nam włosy. A fryzjer idzie do sportu - oj, wiemy, jak to się może skończyć...

Mogłoby się więc wydawać, że planowana ustawa to kolejny bubel naszych parlamentarzystów. A jednak nie - jest to bardzo dobrze przemyślany akt prawny. Spójrzmy na konsekwencje ustawy oczami polityków. Po pierwsze - jest to zgodne ze znaną od wieków maksymą sprawujących władzę, czyli: dziel i rządź!

Skonfliktowanie środowisk osób wykonujących dany zawód jest skutecznym rozwiązaniem. Szukamy wrogów w naszym otoczeniu, a nie walczymy ramię w ramię z systemem. Pamiętają państwo czasy wczesnej "Solidarności"? Wszyscy mieliśmy wówczas wspólnego wroga - tam, "na górze" - i dzięki temu w 1989 roku odzyskaliśmy wolność. Czy w interesie polityków jest powtórka z historii? Niech się więc wyborcy swarzą i kłócą do woli, ale - między sobą!

Głodnemu zawsze chleb na myśli

Im bardziej pochłania nas walka o przetrwanie (czytaj: zapewnienie sobie i rodzinie pożywienia na najbliższych kilka dni plus zapłacenie sterty rachunków), tym mniej mamy czasu i energii na inne działania. Między innymi mało kogo stać dziś na gruntowną edukację, nasze postrzeganie świata jest więc okrojone do tego, co nam przekazują media. A przecież wiadome jest (nie tylko dla wtajemniczonych), że kto ma media, ten ma władzę...

Jeśli przeanalizujemy dokładniej sytuację, okaże się jednak, że to nie jest tak, że rząd w ogóle nie myśli o nas - tych maluczkich. Z informacji uzyskanych ze "źródeł dobrze poinformowanych" dowiadujemy się, że planuje się w niedalekiej przyszłości wprowadzenie deregulacji totalnej, czyli każdy dorosły osobnik, bez względu na zdobyte wykształcenie i poziom wiedzy będzie mógł zajmować się zawodowo każdą dziedziną! Jest to więc wierna kopia tego, co obserwujemy w polityce, gdzie obowiązuje dobrze znana i sprawdzona zasada: nie kompetencje, a chęć szczera zrobi z ciebie menedżera!

W planach jest więc wprowadzenie pełnej deregulacji w medycynie (do wykonywania zawodu chirurga wystarczy własny skalpel), na kolei, czy też w lotnictwie - tu deregulacja ma objąć nie tylko pilotów, ale także kontrolerów lotów (oj, będzie wesoło!). W przypadku tej przedostatniej dziedziny prawdą jest, że może nastąpić naturalna selekcja. W zawodzie pilota nie każdy się bowiem sprawdzi, słabsi prędzej czy później odejdą. W każdym tego słowa znaczeniu.

Pierwszy, wielki plus deregulacji totalnej to szansa na istotny wzrost PKB: niektóre branże odnotują znaczny wzrost sprzedaży. Na pewno na brak klientów nie będą narzekać kancelarie adwokackie. Ożywienie da się też zaobserwować w zakładach usług pogrzebowych (mam tu na myśli, rzecz jasna, zwiększenie przychodów, a nie sceny rodem z horrorów - przyp. aut.).

Chcemy chleba i katastrof!

Być może uznają państwo, że powyższy projekt to zbyt ryzykowne rozwiązanie - wszak jego wprowadzenie narazi wielu rodaków na utratę zdrowia lub nawet życia. Jest w tym trochę racji, ale wszystko jest świetnie przemyślane! Spójrzmy na typowy dzień z życia szarego obywatela: idzie do pracy, zarobi parę groszy, co wystarczy ledwie na miskę ryżu (na razie wszystko z planem). Ale co potem? Gościa na nic nie stać, więc włącza telewizor - a tam się nic nie dzieje!

Nie ma co dzisiaj liczyć na igrzyska - droga impreza i jeszcze naraża reputację rządzących na szwank (patrz: budowa i otwarcie Stadionu Narodowego). Z sukcesami rodzimych sportowców też krucho: Adaś przestał latać, Kubica się rozbił, a Justyna Kowalczyk ostatnio regularnie przegrywa ze straszną chorobą (czytaj: z astmą). No i biega tylko zimą.

Aby więc uatrakcyjnić życie ukochanych wyborców, naszym parlamentarzystom pozostaje tylko jedno rozwiązanie - trzeba postawić na katastrofy!

Nie możemy jednak w Polsce liczyć ani na trzęsienia ziemi, ani choćby na małe tsunami. Dziś nad każdą katastrofą musimy się sporo napracować (co, rzecz jasna, znacząco się zmieni po pełnej deregulacji). Dlaczego akurat katastrofy? Bo wielkie tragedie, szczególnie te z odpowiednią ilością ofiar śmiertelnych, to nie tylko zapełniacze pierwszych stron gazet i wiadomości dnia we wszystkich mediach. To także treść naszego życia, poza walką o chleb. Przecież temat niektórych katastrof, tych najbardziej spektakularnych, możemy ciągnąć latami! A ileż przy tym emocji, ile różnych wersji, domysłów i niedopowiedzeń.

Dzięki temu, że człowiek po pracy ma czym się zająć, czy wręcz - pasjonować, nie zadaje głupiego pytania: "Jak żyć?", na które - według stanu na dziś - nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Krzysztof Oppenheim

Szukasz pracy? Przejrzyj oferty w serwisie Praca INTERIA.PL

Biznes INTERIA.PL jest już na Facebooku. Dołącz do nas i bądź na bieżąco z informacjami gospodarczymi

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń