Irlandia: Historia z happy endem

Poniedziałek, 21 stycznia 2013 (07:00)

Swoją przygodę z Irlandią, wakacyjną pracę w hotelu na malowniczej wyspie Inishbofin wspomina Ewelina, która przez niecałe dwa miesiące zarobiła na Zielonej Wyspie więcej niż mogłaby dostać w Polsce przez cały rok.


Moja historia z Irlandią zaczęła się w 2011 r., na drugim roku studiów, kiedy to koleżanka opowiadała mi o wakacyjnej pracy na Zielonej Wyspie. Zafascynowana możliwościami dużych zarobków w krótkim czasie zaczęłam snuć plany o letnim wyjeździe, tak by nie przerywać studiów. I udało się... Już na początku czerwca wylądowałyśmy na lotnisku w Shannon, skąd wyruszyłyśmy do Galway. Z zachwytem patrzyłam przez okno autokaru na piękne krajobrazy i nowe miejsca.

Trudne początki

Pierwsze dni były cudowne. Z ogromną ciekawością poznawałam urocze zakątki Galway oraz nowych ludzi. Po tygodniu adaptacji zaczęłam rozglądać się za pracą. Miałam poczucie, że znalezienie jej nie będzie większym problemem, bo w końcu znam język. Jak się jednak okazało poszukiwanie pracy przeciągało się, a pieniędzy zaczęło brakować.

Reklama

Wysyłałam CV na wszystkie możliwe ogłoszenia dostępne w lokalnej prasie i Internecie, ale nie dostawałam żadnej odpowiedzi. Z każdym tygodniem moje nadzieje malały, a widoki na przyszłość stawały się bardziej mroczne. Zaczęłam mocno oszczędzać i kupować tylko i wyłącznie niezbędne, a zarazem najtańsze z możliwych produkty w Tesco. Nagle za 15 euro możliwe było całotygodniowe wyżywienie.

W Irlandii jest bardzo ogromna rozpiętość cen porównywalnych produktów. Przykładowo najtaniej można było kupić chleb tostowy za ok. 50 centów, a przeciętnie w piekarni kosztował 3 euro. Najtańsze jedzenie nie było z pewnością wysokiej jakości i na dłuższą metę mogłoby wyrządzić szkody w organizmie, jednakże na krótki czas przeżycia zdawało ono egzamin. Jakkolwiek na jedzeniu byłam w stanie zaoszczędzić, trudno było mi zminimalizować koszty mieszkania, które były moim zdaniem bardzo wysokie (200 euro/miesiąc).

Zbliżał się czas kolejnej wpłaty, a pracy wciąż nie było. Musiałam zdać się na siebie i postanowiłam stworzyć ogłoszenie dotyczące prac domowych. Następnie rozniosłam je w kilku dzielnicach wrzucając do skrzynek na listy dom po domu. W odpowiedzi na to ogłoszenie otrzymałam jeden telefon. Ochoczo udałam się pod wyznaczony adres. Przemiła pani przygotowała mi prasowanie, a później poprosiła o sprzątniecie domu. Powiedziałam jej, że biorę 10 euro za godzinę. Pracowałam u niej dorywczo, a zarobione pieniądze umożliwiły mi przetrwanie kolejnych dni.

Kierunek Inishbofin Island

Rozpoczął się piąty tydzień pobytu, a wizja wielkich zarobków stawała się coraz mniej realna. Postanowiłam, że jak w ciągu najbliższego tygodnia nic się nie zmieni to czas wracać do Polski. Z wielką determinacją przeglądałam ogłoszenia FAS i zaczęłam poszukiwać ofert z całego regionu, a nie jak dotychczas z samego Galway. Uznałam, że samo wysyłanie CV to także za mało. Zaczęłam wydzwaniać.

Zadzwoniłam do menadżera hotelu położonego na malowniczej wysepce Inishbofin. Nie zrażałam się tym, że prosił o kolejny telefon później. Dzwoniłam kolejne razy. I wreszcie udało się porozmawiać na spokojnie. Powiedziałam, że interesuje mnie praca w hotelowej restauracji. Menadżer zapytał mnie, kiedy mogę się stawić. Odpowiedziałam, że tak szybko jak to możliwe. I tak oto dostałam pracę.

Podekscytowana kolejnego ranka uszykowałam się do wyjazdu. Spakowałam walizki i pożegnałam się z koleżanką. Pani, u której sprzątałam zrobiła mi przysługę i zawiozła mnie na autobus, w końcu miałam ciężki bagaż, a na taxi funduszy już brakowało. Dosłownie ostatnie pieniądze starczyły mi na podróż na Inishbofin Island.

Kiedy dotarłam już na wyspę, z radością udałam się do hotelu, który stał tuż przy wybrzeżu. Menadżer powitał mnie i powiedział, że mam przyjść następnego dnia o 9 rano do pracy, wtedy się wszystkiego dowiem, a tymczasem mam jechać do domu dla personelu z wyznaczonym przez niego pracownikiem. Dom w przeciwieństwie do pięknego, nowoczesnego hotelu okazał się stary i podniszczony, ale warunki w nim były do zniesienia. Pomyślałam, że jak postawię parę bibelotów i na dobre się zagoszczę, to nawet będzie w miarę przytulnie. Najlepszym jego aspektem było to, że miałam pokój z widokiem na morze, a do plaży dzieliło mnie dosłownie kilkanaście kroków.

Praca w hotelu...

...okazała się przysłowiową górą złota. Warunki pracy były jasne i klarowne. Moim głównym obowiązkiem była obsługa klienta przy barze oraz kelnerowanie w restauracji. Pracowałam dziennie po 8-12 godzin i zarabiałam na godzinę 8 euro, do tego dostawałam wysokie napiwki. Poza tym praktycznie nie musiałam na nic wydawać pieniędzy, gdyż hotel zapewniał wyżywienie dla personelu przygotowywane przez szefa kuchni oraz nocleg.

Pomimo tego, że praktycznie połowę pobytu nie miałam pracy, w drugiej połowie nadrobiłam stracony czas i na koniec września wróciłam do Polski z ogromną sumą pieniędzy. Przez niecałe dwa miesiące zarobiłam nieco więcej niż mogłabym zarobić w Polsce przez cały rok, otrzymując najniższą krajową pensję (ok. 15 tys. zł). To była dla mnie prawdziwa fortuna.

W minione wakacje również pojechałam do tego hotelu do pracy. Zasady się jednak nieco zmieniły, a warunki pracy pogorszyły. Tygodniowe wynagrodzenie wynosiło 320 euro, nie można było robić nadgodzin, a poza tym menadżer potrącał nam 100 euro tygodniowo za nocleg i wyżywienie. Jakkolwiek nadal nie było źle, tak w porównaniu do poprzedniego sezonu zarobki nie były już tak wysokie.

Pobyt w Irlandii był dla mnie bardzo cennym doświadczeniem. Bardzo wiele się nauczyłam, poznałam nowych ludzi, zwiedziłam nowe miejsca i do tego zarobiłam pieniądze, które pozwoliły mi na łatwiejsze życie w Polsce. Cieszę się, że dałam sobie radę i do ostatniej chwili się nie poddałam. Uważam, że entuzjazm i silna determinacja pozwoliły mi przetrwać najtrudniejsze chwile, po których los okazał się bardzo łaskawy...

Ewelina Grześkowiak

Artykuł pochodzi z kategorii: Praca za granicą

POLECANE zwiń