Anglia opłacalna i w Polsce

Sobota, 28 grudnia 2013 (06:00)

Spędził w Anglii kilka lat. Zarobił tam dobre pieniądze. Dlaczego więc wrócił? Bo tęsknił za krajem. Lecz to, że mieszka w Polsce wcale nie oznacza, że angielski etap jest dla niego skończony. Przeciwnie, kontakty które tam nawiązał, dają doskonałe efekty. Dzięki nim dobrze prosperuje biuro podróży, które tu prowadzi.

Zdjęcie

Dośwaidczenia z Anglii procentują /© Bauer
Dośwaidczenia z Anglii procentują
/© Bauer

Trzydziestoletni Sławomir Włodarczak z Leszna po raz pierwszy do pracy za granicę pojechał w roku 2004. Do Stanów Zjednoczonych. Wraz z dwoma kolegami ze studiów, w ramach programu Work&Travel. W trakcie wakacyjnych miesięcy pracowali tam jako ratownicy na basenie. Lecz to już prehistoria. Ważne, że spodobały mu się zagraniczne wyjazdy.  

Polskie dylematy           

Reklama

Rok później kończył studia licencjackie na kierunku wychowanie fizyczne w PWSZ w Lesznie. Zastanawiał się, co dalej?  - Mogłem iść na zaoczne studia magisterskie, jednocześnie pracując jako nauczyciel wychowania fizycznego - wspomina. - Tyle, że początkujący nauczyciel zarabiał wtedy około ośmiuset złotych. O ile bym w ogóle znalazł pracę. Tymczasem jeden z kolegów, z którymi byłem w Stanach, mieszkał już w Manchesterze i namawiał mnie żebym też tam przyjechał. Od razu mógł mi załatwić pracę. Zresztą wtedy nie było o nią trudno. Postanowiłem pojechać.            

Pierwsze wrażenie nie było dla niego miłe z jednego powodu - języka. Angielskiego uczył się przez wiele lat. Do tego wcześniejszy pobyt w Stanach. Myślał, że język zna przynajmniej dobrze.  - Tymczasem tam mówią z takim akcentem, że pierwsze dni nie rozumiałem o co chodzi?  

Z pracy do pracy            

Mimo to, od razu otrzymał umowę o pracę. W dodatku razu jako menedżer. W firmie "C2Cleaners." Jak można się domyślić po nazwie, zajmowała się sprzątaniem. Dostał służbowego Fiata Duplo. Zarządzał grupą pracowników, która w pewnym momencie liczyła aż piętnaście osób.           

- Firma prowadziła tylko duże prace - opowiada. - Głównie w nowych osiedlach mieszkaniowych. Gdy firmy budowlane kończyły budowę na przykład kilkudziesięciu szeregowych domów na sprzedaż, to wkraczaliśmy do nich my. Należało posprzątać po budowlańcach, na zewnątrz i wewnątrz. Od wyczyszczenia płotów, po okna i podłogi w środku. Słowem miał być błysk, gdy przyjdą to oglądać potencjalni klienci.            

Pracy miał dużo i przez cały czas. Zarabiał tysiąc funtów miesięcznie na rękę. Pracował od poniedziałku do piątku, od rana do godziny 16-17. W piątki szedł do drugiej pracy. W te dni oraz w soboty i niedziele był barmanem w restauracji "Chiquito." Tam zaczynał o godzinie 18, kończył o 23, gdy restaurację zamykano.            

- Dostawałem najniższą krajową, wtedy to było pięć i pół funta na godzinę - wspomina. - Do tego dochodziły napiwki, około dziesięciu do piętnastu funtów każdego wieczoru. Pracowałem więc siedem dni w tygodniu. Łącznie z obu miejsc miałem około tysiąca dwustu, tysiąca trzystu funtów na rękę.  

Uczył się za darmo            

Po kolejnym roku zrezygnował z pracy w "C2Cleaners." Z bardzo ciekawego powodu. Uznał, że wciąż nie zna wystarczająco dobrze języka. A postanowił mówić po angielsku idealnie. Zapisał się więc do szkoły językowej Pendelton College in Salford. Co ciekawe nie musiał za to nic płacić.    - Wtedy były takie możliwości - stwierdza. - Państwo opłacało kursy dla obcokrajowców z Unii Europejskiej, którzy pracowali w Wielkiej Brytanii.  Grupy były cztero i pięcioosobowe. W tygodniu odbywało się po piętnaście godzin zajęć. I jak mówi, życzy wszystkim uczniom, by mieli takich nauczycieli jak on.  - Widać, że bardzo lubili swoją pracę. Ciągle coś przygotowywali, zajęcia różniły się od siebie, były ciekawe, nieszablonowe.

Codziennie trwały trzy godziny od 9 do 12. To ważne, bo nie nużyły. Otrzymał po nich certyfikat. Z nim mógłby być nauczycielem języka angielskiego w Polsce, ale uczyć nie zamierzał.  Po zakończeniu zajęć, czyli po godzinie 12, szedł do pracy. Był już wtedy zatrudniony na pełen etat w "Chiquito". Lecz nie jako barman, a kelner.  - Tam były naprawdę dobre pieniądze. Co prawda moja pensja wynosiła niecałe tysiąc funtów, ale były napiwki, a te zdarzało się, że dochodziły do stu funtów dziennie. Po krótkim czasie miałem już stałych klientów, niektórzy nawet nie przychodzili, gdy mnie nie było.  

Wigilijna opowieść            

Dołączyła tam do niego jego żona Edyta, której również załatwił pracę kelnerki w tej restauracji. Lecz po jakimś czasie zmieniła branżę.  - Przez zupełny przypadek zgadała się z parą klientów, którzy prowadzą biuro podróży. Zapytali jakie ma wykształcenie? Skończyła w Lesznie turystykę i rekreację. Gdy to usłyszeli, powiedzieli, że akurat szukają pracownicy więc niech złoży u nich papiery. Tak zrobiła i za parę dni pracowała już w ich biurze.            

Była tam przez blisko trzy lata. Najpierw jako konsultantka, później została menadżerką. On też zmienił pracę. Jak mówi, z dnia na dzień "podkupił" go menadżer restauracji "Frankie and Bennys". Przy czym problemów z przejściem nie było, bo oba lokale należą do tej samej sieci. Słowem oboje z żoną pracowali i zarabiali dobre pieniądze. Mimo to powoli szykowali się do powrotu.           

- Nigdy nie zamierzaliśmy zostać tam na stałe. Od początku stwierdziliśmy, że gdy się dorobimy, to wracamy. Pewnie jeszcze trochę byśmy tam posiedzieli, ale decyzję przyśpieszyła ciąża. Gdy urodził się nas synek, nie mieliśmy już wątpliwości. Trzeba wracać, tu ma dziadków, rodzinę, tu jest nasze miejsce. Poza tym nie ukrywa, że mimo iż doskonale wkomponował się w tamto środowisko, to jednak zawsze tęsknił za krajem.    - Jednego roku przed samą Wigilią wsiedliśmy w piątkę w samochód i do kraju. Nikogo wcześniej o tym nie informowaliśmy. Zajechałem pod dom rodziców, co więcej udało mi się wejść niepostrzeżenie. Gdy się zobaczyliśmy, padliśmy sobie w objęcia. Po chwili ojciec zapytał, ile dni zostanę? Tylko się uśmiechnąłem, bo wracaliśmy za dziesięć godzin.  

Angielskie kontakty            

Co najważniejsze, mieli do czego wracać. - W tej pierwszej restauracji pracowali ze mną między innymi Portugalczycy. Zaraz na początku zapytałem ich, co się u nich zmieniło, gdy ich kraj przyjęto do Unii Europejskiej? Odpowiedzieli, że przede wszystkim w górę poszybowały ceny ziemi i domów. Więc złapałem za telefon, zadzwoniłem do ojca i powiedziałem, że będę mu przysyłał pieniądze, a on ma za nie kupować działki budowlane pod Lesznem. W sumie w ciągu najbliższych dwóch - trzech lat zarobiłem tyle, że kupił ich kilka. A później faktycznie ceny ziemi w Polsce oszalały. Mogłem je sprzedawać, na każdej zarobiłem czterokrotnie.           

Jeszcze trochę pieniędzy dosłał, a jego ojciec wybudował im duży dom pod Lesznem. Od razu po przyjeździe mogli się do niego wprowadzić. Nie mieli też wątpliwości, co będą robić. Założyli w Lesznie Biuro Podróży. We troje, bo do powrotu namówili także siostrę jego żony, która też była w Anglii.   - Mnóstwo osób mówiło nam, że się na tym "przejedziemy", nie damy rady, bo biur podróży jest za dużo - mówi S. Włodarczak. - A my od początku byliśmy pewni swego. Bowiem Edyta ma już takie kontakty Anglii, tyle znajomości i umiejętności, że przebijamy cenowo każdą konkurencję. Wycieczki organizujemy bowiem przez brytyjskie biura podróży. I wciąż szukamy tam nowych, atrakcyjnych ofert. Przecież wszyscy znamy angielski perfekt. Regularnie jeździmy do Manchesteru. Odwiedzamy wtedy znajomych, ale przede wszystkim w interesach.   Za granicę wysyła nie tylko turystów. Organizuje także feryjne wyjazdy do miejscowych szkół językowych dla uczniów z Leszna.  

Efekty tego będą           

Dziś w Wielkiej Brytanii o pracę trudniej niż osiem lat temu. Przynajmniej tak dość powszechnie się uważa. Sławomir Włodarczak ma inne zdanie.  - Cały czas odwiedzam moich byłych szefów w tych dwóch restauracjach, w których pracowałem. Mówią, że jeśli zechcę, to mogę u nich zacząć pracę od zaraz. Bo w Anglii można znaleźć pracę i zarobić. To mogę śmiało stwierdzić. Lecz ostrzegam, że pieniądze z nieba tam nie spadną. Po prostu trzeba chcieć pracować, efekty tego będą - kończy.

Damian Szymczak

Artykuł pochodzi z kategorii: Praca za granicą

POLECANE zwiń