Pracownicy jak zderzaki

Sobota, 2 maja 2009 (06:00)

Pod względem stopy życiowej, poziomu ubóstwa i wysokości płac wypadamy na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które wychodziły z komunizmu, kiepsko - mówi profesor Elżbieta Kryńska z Katedry Polityki Ekonomicznej Uniwersytetu Łódzkiego w rozmowie z Krzysztofem Świątkiem.

Zdjęcie

Irlandia osiągnęła europejski poziom rozwoju po 17 latach od wstąpienia do EWG /AFP
Irlandia osiągnęła europejski poziom rozwoju po 17 latach od wstąpienia do EWG
/AFP
W PRL-u wszyscy mieli pracę, a wielkie kombinaty przemysłowe produkowały niezależnie od popytu. Półtora roku po rozpoczęciu transformacji stopa bezrobocia wynosiła 10 proc., a we wrześniu 1993 roku sięgała już 15,4 proc. Czy zmiana systemu gospodarczego ujawniła tylko rzeczywisty poziom bezrobocia, ukryty w okresie gospodarki socjalistycznej, czy też zabrakło wystarczających osłon socjalnych dla zwalnianych?

- Cele strategiczne planu Balcerowicza koncentrowały się na zagadnieniach pieniężno-finansowych. Przyjęto założenie, że sytuacja na rynku pracy stanie się "produktem ubocznym" zmian systemowych. To był jednak czas, kiedy w Polsce inflacja wynosiła 600 proc. Amerykanie definiują politykę ekonomiczną jako sztukę wyboru. Nie możemy sprawdzić, jaka byłaby sytuacja kontrfaktyczna. W ekonomii nie można dokonywać eksperymentów naukowych, np. wypreparować jednego przedsiębiorstwa i sprawdzić, jak będzie się zachowywało pod wpływem zmiany systemu opodatkowania. To są zawsze operacje na żywych organizmach.

Reklama

Czy wystarczająco chroniono nasz rynek wewnętrzny?

- Można dyskutować. Układ stowarzyszeniowy podpisano w roku 1991 i dokonano odkrycia naszej gospodarki. Wtedy faktycznie importowaliśmy unijne bezrobocie. Nie zapomnę, jak moja znajoma kupiła w latach 90. francuskie żelazko, do którego była doczepiona karteczka: "Robotnik francuski dziękuje za utrzymanie jego miejsca pracy".

A kampanie pod hasłem "Kupuj polskie" wówczas wyśmiewano.

- To prawda. Choć trudno winić Polaków, że po tylu latach wygłodzenia, kartek na mięso i czekolady czekoladopodobnej rzucili się na zachodnie towary. Odkrycie się naszej gospodarki zmusiło polskie firmy do podjęcia walki z konkurencją europejską. Czy można było chronić rynek wewnętrzny? Można było. Zrobili tak Hiszpanie. Mieli bardzo korzystny układ stowarzyszeniowy, który gwarantował im wychodzenie na rynki EWG (Europejska Wspólnota Gospodarcza), a blokował napływ towarów z zewnątrz.

Tyle że, gdy przystępowali do Wspólnoty w 1986 roku, doszło do katastrofy - bezrobocie skoczyło do 23 proc. Oni zupełnie nie przygotowali się do europejskiej konkurencji. Polska gospodarka wcześniej się otworzyła, dzięki temu nasze firmy przygotowały się do ostrej rywalizacji od momentu akcesji, i to także może wpływać na to, że utrzymujemy dziś stosunkowo wysoki poziom PKB. Nasza obecna sytuacja może potwierdzać paradoks Giffena.

Generalnie im wyższa cena, tym mniejsze zapotrzebowanie na dany produkt. Tymczasem Giffen zauważył, że kiedy rośnie cena kartofli, równocześnie wzrasta zapotrzebowanie na kartofle. Dlaczego? Bo ludzie nie mogą sobie pozwolić na rzeczy droższe.

Dziś jest wysokie zapotrzebowanie na polskie produkty. Przykładowo: Niemcy, którzy dostali dopłaty na zakup samochodów, przyjechali kupować je u nas. Zyskujemy przewagę konkurencyjną, bo nasze wyroby są relatywnie tańsze i wypychają produkty unijne. Dlatego ciągle nieźle trzyma się nasz eksport.

Jak pod względem stopy życiowej, poziomu ubóstwa i wysokości płac wypadamy na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które wychodziły z komunizmu?

- Wypadamy kiepsko. Eurostat za zagrożone biedą uważa osoby żyjące w gospodarstwach domowych, w których dochód do dyspozycji jest niższy od granicy ubóstwa ustalonej na poziomie 60 proc. mediany dochodów w danym kraju. W 2007 roku takich gospodarstw w Polsce było 17 proc., w Rumunii, Estonii i na Litwie - 19, na Łotwie - 21. Ale na Węgrzech - 12 proc., na Słowacji - 11, a w Czechach - 10. Jeszcze gorzej wypadamy pod względem poziomu PKB na osobę. W Czechach wynosi on 14 700 euro, na Słowacji - 12 000, na Litwie - 10 200, a w Polsce - 9 500. Jesteśmy po prostu najubożsi. Średnia dla 15 najbardziej rozwiniętych państw Unii wynosi 29 200 euro.

Ile czasu będziemy musieli gonić kraje Europy Zachodniej, by zbliżyć się do ich średniego poziomu życia?

- Jak widać, dochód mamy w tej chwili trzy razy mniejszy od unijnej piętnastki. Irlandia weszła do EWG w 1973 roku, a osiągnęła europejski poziom rozwoju po 17 latach. To nie są szybkie procesy.

Jak ocenia Pani sytuację, w której płacę minimalną utrzymywano przez lata na skrajnie niskim poziomie: jeszcze w 2003 roku wynosiła 800 zł brutto, a w 2004 - 824 zł brutto, nie gwarantując pracownikowi możliwości utrzymania, nie mówiąc o jego rodzinie. Czy takie regulacje nie powiększały skali rozwarstwienia społecznego w Polsce?

- Rzeczywiście, płaca minimalna była przez lata utrzymywana na bardzo niskim poziomie. To także wpływało na skrajne ubóstwo wielu gospodarstw domowych w Polsce. Pracownik, który dostaje na rękę nieco ponad 600 zł i ma żonę na urlopie wychowawczym, nie jest w stanie utrzymać swojej rodziny. Według danych Eurostatu wskaźnik zagrożenia ubóstwem pracujących jest w Polsce najwyższy w całej Unii Europejskiej. Na Węgrzech jest o połowę niższy. W Czechach cztery razy niższy.

Eurostat udostępnia również dane dotyczące rozwarstwienia majątkowego poszczególnych społeczeństw. W tym celu wylicza się stosunek całkowitych dochodów uzyskiwanych przez 20 proc. ludzi o najwyższych zarobkach do przychodów 1/5 osób najbiedniejszych. Im wyższy jest ten wskaźnik, tym nierówności majątkowe większe. W 2007 r. w całej UE wyniósł 5,0, na Słowacji - 3,6, w Czechach - 3,7, na Węgrzech - 3,9, a w Polsce - 5,6. Te dane potwierdzają, że w Polsce jest ogromne zróżnicowanie w poziomie dochodów.

Trzeba jednak pamiętać, że polska gospodarka jest duża i szybko się rozwija, szybciej niż czeska czy słowacka. A gdy następuje szybki wzrost, to w ciągnących gospodarkę dziedzinach wynagrodzenia rosną lawinowo i stąd łatwiej o dysproporcje. Duże zróżnicowanie dochodowe występuje w krajach szybko rozwijających się. Bogate państwa UE stabilizują się, poza tym notują niższe tempo wzrostu. Do Polski napływa kapitał i łatwiej o tworzenie się kominów płacowych.

Kiedy w Niemczech okazało się, że szef Volkswagena zarabia 70-krotność przeciętnej pensji w tej firmie, rozpętała się awantura. W wielu krajach zachodnich przyjmuje się, że poziom zarobków kadry zarządzającej nie powinien przekraczać 6-8-krotności przeciętnej pensji w przedsiębiorstwie. W Polsce dopuszcza się sytuację, w której pracownik banku zarabia miesięcznie 1300 zł netto, a jego prezes 250 tysięcy, czyli blisko 200 razy więcej. Stąd pewnie kominy płacowe.

- Tak, to też jedna z przyczyn rozpiętości majątkowych w Polsce. Warto pamiętać, że w krajach zachodnich te sprawy reguluje prawo zwyczajowe. To kwestia etyki biznesu.

Pod koniec 1993 roku bez pracy pozostawało 2 mln 800 tys. ludzi. W 1997 roku bezrobotnych było o milion mniej. Dlaczego tak się działo? Jakie zmiany następowały w tym czasie na polskim rynku pracy?

- Wszystkie zmiany na rynku pracy dokonują się z opóźnieniem względem wskaźników PKB. Popyt na pracę jest pochodną popytu na dobra i usługi. Jeżeli firma produkuje sweterki, to dlatego, że jest na nie popyt. PKB odzwierciedla popyt w gospodarce. Wraz ze spadkiem tempa wzrostu PKB następuje mniejsze zapotrzebowanie na pracowników.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń