Praca w krainie zabawek

Piątek, 25 lutego 2011 (11:14)

Demonstratorzy zabawek zatrudnieni w londyńskich domach towarowych często słyszą od klientów, że mają najlepszą pracę na świecie. W rzeczywistości - choć to zajęcie ma wiele plusów - nie jest aż tak różowo. Jednak taka praca to dobry początek kariery zawodowej na Wyspach.

Zdjęcie

/AFP
/AFP
Osoby wykonujące tę pracę można spotkać przede wszystkim w najlepszych sklepach Londynu - w Harrodsie, Selfridges & Co i Hamleysie. Ich praca polega na pokazywaniu i - co ważniejsze - sprzedawaniu zabawek. Demonstratorów zatrudniają nie tylko sklepy, ale przede wszystkim firmy zewnętrzne, które posiadają stoiska w tych miejscach. Największe z nich, a zarazem cieszące się opinią nie najlepszych pracodawców, to Alive i Dunbar. Wiele osób zatrudnia także Marvins Magic, firma ze znacznie lepszą opinią, która jednak najchętniej sięga po studentów lokalnych szkół teatralnych. Gdy na pracę demonstratora patrzy się "z boku", może się wydawać, że polega ona na ciągłej zabawie, która ma zainteresować odwiedzających dom towarowy rodziców oraz ich dzieci. Na pierwszy rzut oka pokazywanie zabawek to przede wszystkim używanie zabawek. W rzeczywistości chodzi przede wszystkim o sprzedaż. - Demonstratorzy muszą być kontaktowi i przyjaźni. Bardzo ważna jest wiedza na temat tego, co i komu się sprzedaje - mówi Stephanie Noon z Wicked Vision, niewielkiej firmy, która oferuje m.in. bumerangi przeznaczone do używania w biurach i domach.

To jest "fun"

Według Noon, ta praca jest mimo wszystko zabawą, aktywnym zajęciem, które wymaga nawiązywania kontaktów z ludźmi. Faktycznie, osoby wykonujące ten zawód wchodzą w interakcję z setkami osób dziennie. Szczególnie w okresie przedświątecznym, kiedy domy towarowe, takie jak słynny Hamleys, odwiedzają dziesiątki tysięcy klientów. Jednocześnie jest to zajęcie, które pomaga "przetrzeć szlaki" osobom rozpoczynającym swoją przygodę na Wyspach, a także rozwinąć zdolności komunikacyjne i pozbyć się językowych "kompleksów".

Reklama

- To sposób na rozwijanie kreatywności oraz umiejętności adaptowania się do różnych sytuacji społecznych i zawodowych - mówi Noon. Zwraca też uwagę, że taka praca jest dobrym rozwiązaniem dla osób, które nie chcą być przykute do biurka. To jednak, co przez pewien czas jest największą zaletą tej pracy, z czasem staje się sporą wadą.

Jest tak, ponieważ kreatywność i entuzjazm są tu niezbędne właściwie przez cały czas. I o ile w takich firmach jak Wicked Vision na ogół oznacza to 8 godzin pracy dziennie przez 4-5 dni w tygodniu, to w innych jest to nierzadko 10-11 godzin dziennie przez 6 dni. Praca w takim trybie - szczególnie, gdy wymaga dużej aktywności - jest niezwykle wyczerpująca. Dlatego niezmiernie ważna jest motywacja. Przełożeni pobudzają ją, oferując sprzedawcom rozmaite zachęty finansowe. - Jeżeli jesteś dobrym sprzedawcą, to możesz zarobić naprawdę niezłe pieniądze. Zwłaszcza w okresie przedświątecznym i w wakacje - mówi Noon.

Demonstratorzy pracujący dla Wicked Vision otrzymują niewielką, zbliżoną do pensji minimalnej podstawę oraz prowizje. Jednak w wielu firmach nie ma podstawowego wynagrodzenia i zastępują je ok. 10-procentowe prowizje. To zazwyczaj oznacza kilka funtów od każdej sprzedanej zabawki. W ten sposób w niektórych okresach roku można zarobić nawet kilkaset funtów dziennie. W innych może być już znacznie gorzej.

- Bywa rozmaicie, jednak problemem jest to, że nigdy nie da się przewidzieć, ile się zarobi - mówi Barbara Błędniak, która przez pewien czas pracowała jako demonstratorka. - Ciągle trzeba osiągać "targety". To może być bardzo stresujące - dodaje. Podkreśla też, że przy podejmowaniu tego rodzaju pracy należy zwracać szczególną uwagę na formę zatrudnienia oraz podstawę wynagrodzenia. Rzeczywiście zdarza się, że niektóre z tych firm - mimo że działają w renomowanych domach towarowych - mają poważne problemy z legalnością zatrudniania. Wynagrodzenia nie są przekazywane na konta, nie są też od nich odprowadzane podatki - wszystko odbywa się "na gębę".

Wciśnij to dziecku

Innym problemem, na który wskazują demonstratorzy, są metody sprzedaży narzucane pracownikom przez niektóre firmy. Np. w nieistniejącym już Overbreaku regularnie organizowano spotkania, w czasie których przekonywano, by w pracy wyzbyć się wszelkich skrupułów. "Liczą się liczby" powtarzali menadżerowie. Sprzedawcy niemal na pamięć uczyli się formułek, które miały pomóc w osiąganiu "targetów". Brak skrupułów bywa niezbędny, ponieważ oferowane zabawki są często drogie i kiepskiej jakości. Kosztujące 30 funtów helikopterki rozpadają się po pierwszym użyciu. Zmywalne markery są w rzeczywistości niezmywalne. A przeznaczone dla pięciolatków "magiczne" farbki wymagają pomocy dorosłego.

- Najgorsza jest konieczność wciskania dzieciom czegoś, co nie działa. Niektórzy demonstratorzy potrafią być w tym szczególnie bezwzględni - mówi Barbara Błędniak. Jednocześnie podkreśla, że takie praktyki dotyczą jedynie dwóch lub trzech firm. Inne są rzetelne i praca dla nich rzeczywiście może być dobrą i rozwijającą zabawą. Trzeba jednak zwracać uwagę na warunki zatrudnienia oraz rodzaj i jakość oferowanych zabawek. Zwykle jasne oczekiwania, umowa oraz ściśle określone zasady wynagrodzenia są gwarancją satysfakcji.

Pracy w firmach zajmujących się sprzedażą zabawek można szukać przede wszystkim przez londyński serwis Gumtree oraz bezpośrednio u menadżerów stoisk w poszczególnych sklepach. Pod warunkiem dobrej znajomości języka, kontaktowości i odrobiny bezczelności, o pracę - zwłaszcza przed feriami, wakacjami oraz świętami - nie jest trudno. Na krótką metę może to być doskonała przygodą, która pozwoli na poznanie wielu ciekawych osób oraz szybkie rozwinięcie umiejętności interpersonalnych. Trzeba jednak pamiętać, że jest to zajęcie na "chwilę".

Tomasz Borejza

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń