Od świątyni dumania po fun roomy, czyli o przestrzeniach biurowych

Niedziela, 19 kwietnia 2015 (07:00)

Stworzenie przyjaznej przestrzeni biurowej to nie wynalazek Google’a. Już po II wojnie światowej pracownicy zaczęli czuć zmęczenie typowym układem sal, w których biurka były ustawione karnie w rzędach - zupełnie jak w szkolnej klasie.

Zdjęcie

Stworzenie przyjaznej przestrzeni biurowej to nie wynalazek Google’a /123RF/PICSEL
Stworzenie przyjaznej przestrzeni biurowej to nie wynalazek Google’a
/123RF/PICSEL

W latach 50. dwaj niemieccy projektanci Eberhard i  Wolfgang Schnelle stworzyli Bürolandschaft. Zaproponowany przez nich układ na pierwszy rzut oka wydawał się chaotyczny. Jednak pozorny labirynt czy plątanina biurek były głęboko przemyślane i poprzedzone analizą dotyczącą przepływu dokumentów.

Kanon na długie lata

Następną próbę reorganizacji przestrzeni biurowej podjął w Stanach Zjednoczonych Robert Propst. Punktem wyjścia dla jego projektu był wniosek płynący z obserwacji, że współczesny pracownik jest zmuszony do przetwarzania tak dużej ilości informacji, iż otwarta przestrzeń poważnie go dekoncentruje i ujemnie wpływa na jego inicjatywę oraz - paradoksalnie - nie sprzyja komunikacji. Uznał, że w zależności od wykonywanych w danej chwili obowiązków zatrudnieni potrzebują prywatności i spokoju lub możliwości interakcji ze współpracownikami.

Reklama

Efektem tego odkrycia był projekt Action Office I, w którym biurka były oddzielone od siebie ściankami o różnych wysokościach i dostosowane do indywidualnych potrzeb. System ten umożliwiał również pracę w pozycji stojącej, co miało stymulować krążenie krwi. Biuro składało się z boksów, w których ściany załamywały się pod kątem 120 stopni, dzięki czemu przestrzeń nie była tak klaustrofobiczna.

Action Office I był jednak trudny w adaptacji (a więc drogi) i nie sprzedawał się, więc firma, w której zatrudniony był Propst, zmodyfikowała koncepcję, tworząc Action Office II. Zamiast zróżnicowanego układu wszystkie biurka zostały zamknięte w  jednakowych boksach o ścianach ustawionych pod kątem 90 stopni. Dzięki temu można było efektywnie i tanio upchnąć pracowników na jak najmniejszej przestrzeni. Mimo że Propst odciął się od projektu, Action Office II stał się na całe dekady absolutnym kanonem.

Duch współpracy

Przez trzy dekady supremacja boksów oraz indywidualnych, odseparowanych od siebie przestrzeni nie była zagrożona. Eric Schmidt (późniejszy długoletni prezes Google - sic!), cytowany w artykule "New York Times" z 1997 r., mówił, że "pracownicy, którzy w swojej pracy muszą głęboko nad czymś myśleć, jak na przykład programiści, potrzebują indywidualnych biur". Jednak niedługo potem w szeroko rozumianej branży wysokich technologii zaczęły pojawiać się głosy, które dowodziły czegoś całkowicie przeciwnego.

W 2000 r. studio filmowe Pixar, któremu przewodził w tym czasie Steve Jobs, przeniosło się do kampusu mieszczącego 1000 osób. Jego projektantom przyświecał cel, żeby budynek swoim układem przestrzennym stymulował spotkania i  nieplanowaną współpracę.

W biografii Jobsa autorstwa Waltera Isaacsona tak opisano tę wizję: "Jeśli budynek nie będzie stymulował ducha współpracy, stracisz mnóstwo innowacji i magii, która jest owocem przypadku/zrządzeń losu. Więc zaprojektowaliśmy budynek, w którego atrium spotykają się ludzie, którzy nie spotkaliby się w innych okolicznościach".

Jak w kawiarni

Oczywiście nie można powiedzieć, że kreatywna przestrzeń biurowa (lub: przestrzeń biurowa stymulująca kreatywność) jest wynalazkiem jednej osoby (chociaż wyznawcy nadgryzionego jabłka chętnie by temu przyklasnęli). Coraz większe projekty informatyczne wymagające współpracy, coraz popularniejsze metodyki zwinne zakładające częste spotkania zespołu (stand-upy w Agile), również zmiany technologiczne - najpierw upowszechnienie poręczniejszych płaskich monitorów zamiast zajmujących dużo miejsca kineskopowych, a potem laptopy - umożliwiły dalsze przemiany przestrzeni.

Ważne było również upowszechnienie biurowych sieci Wi-Fi i uwolnienie komputerów od kabli. Pracownicy nie byli już przywiązani do swoich biurek, mogli dowolnie wybierać przestrzeń do pracy, w zależności od charakteru bieżącego zadania lub nastroju.

Coraz więcej programistów miało też za sobą doświadczenia freelancerskie - byli przyzwyczajeni do gwaru kawiarni, gdzie mogli przesiadywać godzinami, popijając latte i korzystając z darmowego Wi-Fi. Dlatego w siedzibach dużych spółek technologicznych można zaobserwować przestrzenie, które przypominają kawiarnie. Umożliwiają one pracę indywidualną lub małe spotkania zespołów w przyjemnej atmosferze.

Projektanci, w poszukiwaniu przestrzeni idealnej, najlepiej dopasowanej do potrzeb pracowników, tymczasowo przyczepiali czujniki do krzeseł biurowych, próbując określić, jak często są one wykorzystywane. Eksperymenty pokazały, że niektóre miejsca pracy pozostawały puste nawet przez 80 proc. czasu.

Bardzo często pozwalano pracownikom na samodzielne zaaranżowanie otoczenia: począwszy od zastosowania lekkich stołów, które można było łączyć po kilka czy kilkanaście w celu przygotowania miejsca na spotkania, aż do zaangażowania zatrudnionych w pracę nad całościowym projektem biura.

Kodowanie na hamaku

Siedziby współczesnych firm są pełne przestrzeni, które mają zachęcać do myślenia w towarzystwie kolegów i stymulować dzielenie się pomysłami, także wśród pracowników innych specjalności. To przeciwieństwo wcześniejszych trendów, kiedy to kreatywności miały służyć indywidualne przestrzenie, niemal "świątynie dumania".

Brad Bird, reżyser produkcji Pixar "Iniemamocni" i "Ratatuj", mówił o tym: "Przestrzenie wspólne mogą z początku wydawać się stratą miejsca. Jednak Steve [Jobs] zdał sobie sprawę, że gdy ludzie wpadają na siebie, kiedy nawiązują kontakt wzrokowy, coś zaczyna się dziać...".

Wspólnym celem kreatywnych biur jest również przypominanie pracownikom, dlaczego pracują w danej firmie, wpojenie im poczucia misji. Dlatego w siedzibie Pixar pełno jest nawiązań do produkcji filmowych, a w siedzibach Google jest tyle wizerunków zielonego androida. Jest to jeszcze ważniejsze w dużych korporacjach, gdzie pojedynczy pracownik skupia się na co dzień na bardzo wąskim wycinku projektu i rzadko może zobaczyć pełen obraz.

Jednak tym, co najbardziej kojarzymy z siedzibami dużych firm IT, są wszelkiego rodzaju przestrzenie do zabawy czy tzw. fun roomy. Firmy potrafią wcielić w życie nawet najbardziej szalone pomysły. Konsole, piłkarzyki czy guitar hero są już standardem. Niektórzy idą krok (albo dwa kroki) dalej, udostępniając gigantyczne hamaki, kapsuły do drzemek, zjeżdżalnie łączące dwa piętra czy minisalony masażu.

Warto więc już w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej zapytać, czy potencjalny pracodawca oferuje jedną z tych atrakcji, które tak bardzo mogą pomóc, kiedy gonią nas deadline’y, a linie kodu mienią się już przed oczami.

Pracodawcy coraz chętniej będą decydowali się na kreatywne wnętrza - wyniki badań wskazują, że praca w takim biurze, w otoczeniu żywych kolorów, może zwiększyć efektywność pracowników średnio o 15 proc.

Dzięki przemianom w ciągu ostatnich lat biuro przestało być narzędziem opresji, z którego pracownicy skwapliwie uciekali punkt 17. To element budowania przewagi konkurencyjnej. Zatrudnieni chętnie przebywają w coraz lepiej zaprojektowanych przestrzeniach, doskonale spełniających ich potrzeby. Silniej również identyfikują się ze swoim pracodawcą.

Tomasz Zawada



Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

Więcej na temat:biura
POLECANE zwiń