Mają 500+, ale nie będą miały emerytur: 150 tysięcy kobiet odeszło z pracy przez rządowy program

Środa, 7 grudnia 2016 (08:30)

Rząd powinien zrobić wszystko, by młode matki otrzymujące świadczenie nie porzucały pracy. To, co teraz wydaje im się atrakcyjne, w przyszłości doprowadzi je na skraj nędzy.

Zdjęcie

150 tysięcy kobiet odeszło z pracy przez rządowy program /© Panthermedia
150 tysięcy kobiet odeszło z pracy przez rządowy program
/© Panthermedia

Eksperci oceniają, że z rynku pracy odpłynęły zwłaszcza kobiety wykonujące ciężkie i nisko płatne zajęcia. - To decyzje indywidualne: ktoś wylicza dochody, jakie dostaje, nie pracując, i porównuje je z tymi za pracę. Odejmuje koszty np. opieki nad dziećmi, czasu poświęconego dla domu, dojazdów do biura czy zakładu. To wybór między zaletami pracy i z drugiej strony czasu wolnego i konsumpcji. 500+ zmieniło ten rachunek, ale po to jest polityka państwa, by to przewidywać - uważa Iga Magda z Instytutu Badań Strukturalnych.

Najważniejsze jest to, czy odejście z pracy okaże się trwałe. Janusz Jankowiak z Polskiej Rady Biznesu obawia się, że nawet jeśli początkowo spora część kobiet będzie chciała przerwać karierę tylko na jakiś czas, to wrócić im nie będzie łatwo. - Odejście z pracy kobiet o relatywnie niskim poziomie umiejętności zawodowych oznacza ryzyko trwałego wypadnięcia z rynku pracy. By na niego wrócić, trzeba przejść przez proces szkoleń czy dokształcania, a to oznacza koszty, które musi ponieść sama zainteresowana lub państwo - podkreśla Jankowiak.

Reklama

To wszystko może z kolei oznaczać, że z biegiem czasu powstanie spora grupa kobiet, które nie wypracują nawet minimalnej emerytury. Co więcej, gdy potomstwo urośnie i dochody z 500+ się skończą, one nie będą potrafiły znaleźć jakiegokolwiek zatrudnienia.

Dezaktywizacyjny efekt 500+ będzie również niekorzystny dla gospodarki. Jak bardzo, zależy od tego, na ile finalnie okaże się masowy. - Z dobrze płatnych zawodów kobiety raczej nie będą odchodziły, ale z gorszych mogą - mówi Iga Magda.

W negatywnym scenariuszu - czyli takim, gdzie ludzie masowo porzucają mało płatną pracę, bo niewiele tracą dzięki dodatkom na dzieci - rynek pracy czekałyby poważne trudności. Pewne ich symptomy już widać. Np. ubytek liczby osób aktywnych zawodowo stwarza problemy przedsiębiorcom. - Kłopoty już występują i stopniowo się nasilają. Coraz większa liczba firm nie potrafi sprawnie i szybko pozyskiwać nowych pracowników. I to nie tylko w sektorze usług, ale też w przemyśle. Utrzymywanie się takiego stanu rzeczy będzie godzić we wzrost gospodarczy - twierdzi ekonomista Grzegorz Maliszewski.

Bezpośredni skutek malejącej liczby rąk do pracy to eskalacja żądań płacowych. W bardzo ostrej wersji Polska przerabiała to krótko po przystąpieniu do Unii Europejskiej, gdy otworzyły się dla nas zagraniczne rynki pracy (głównie brytyjski i irlandzki). Fala emigracji spowodowała ubytek liczby pracujących i duży wzrost płac, grubo przekraczający 10 proc. rocznie. - W takiej skali to nam na razie nie grozi, jesteśmy daleko od tamtych poziomów. Ale nadmierny wzrost płac, szybszy od wzrostu produktywności, jest niepożądany z punktu widzenia rozwoju gospodarki - ocenia ekonomista.

Napięcia, jakie mogłoby wywołać odejście z pracy części beneficjentów "Rodziny 500 plus", można złagodzić na dwa sposoby. Pierwszy to otwarcie się na imigrację, zwłaszcza z Ukrainy. To zresztą działa już dziś, bo wschodnim sąsiadom stosunkowo łatwo podejmować u nas pracę na podstawie tzw. procedury uproszczonej (oświadczenia pracodawcy o zatrudnieniu cudzoziemca). Ale trudniej im się w Polsce na stałe osiedlić, co sprawia, że praca podejmowana przez nich jest w dużym stopniu sezonowa, tymczasowa. - Dlatego dobrze, że trwają prace nad rozwiązaniami, które pomogłyby Ukraińcom zamieszkać nad Wisłą na stale. To stosunkowo najszybszy sposób na łatanie dziur na rynku pracy. Zmiany, które miałyby na celu zmianę trendów demograficznych, są dużo trudniejsze i przynoszą skutki w znacznie dłuższym czasie - dodaje Grzegorz Maliszewski.

Drugi, lepszy sposób to zmiana systemu wsparcia dla rodzin. Można to zrobić na różne sposoby. Dziś najważniejszym jego elementem jest program "Rodzina 500 plus". Eksperci z Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA wielokrotnie zwracali jednak uwagę, że system jest niespójny, składa się z elementów niezależnych od siebie. Ich zdaniem optymalnie byłoby ściślej powiązać go z zatrudnieniem - np. przez system podatkowy. W Polsce rodzice mogą odliczać od podatku ulgę na wychowanie dzieci - ale w niektórych krajach rozwiązania są bardziej zaawansowane. Na przykład we Francji i w Portugalii stosuje się tzw. iloraz rodzinny, czyli możliwość wspólnego opodatkowania nie tylko z małżonkiem, ale również z dziećmi. Niektórzy stosują także preferencje w systemie emerytalnym. Np. we Francji rodzice minimum trojga dzieci mają z automatu emeryturę wyższą o 10 proc., na Węgrzech kobieta ma prawo do obniżenia wieku emerytalnego o rok za każde dziecko, o ile ma ich minimum pięcioro.

Jednak pierwszą zmianą, jaką rząd powinien rozważyć, jest branie pod uwagę dochodów z 500+ przy wyliczaniu kryteriów dochodowych dla innych świadczeń rodzinnych. Bez tego motywacja do odchodzenia z nisko płatnej pracy może być jeszcze większa: rodzina może bowiem ubiegać się nie tylko o dodatek już na pierwsze dziecko, ale również o zasiłek. Według danych z resortu pracy zainteresowanie socjalem rodzinnym wyraźnie wzrosło po uruchomieniu świadczeń wychowawczych. I zdaniem Igi Magdy w tym kierunku powinny iść korekty nie tyle programu 500+, ile systemu świadczeń rodzinnych. - Nie wyobrażam sobie wycofania z 500+ z powodów politycznych. Musi być ono jednak ostatecznie zmodyfikowane tak, by zachęcać do pracy chociaż na część etatu - zauważa.

Zdjęcie

  /Dziennik Gazeta Prawna
 
/Dziennik Gazeta Prawna

Marek Chądzyński, Grzegorz Osiecki
7 grudnia 2016

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

Dziennik Gazeta Prawna
Więcej na temat:500 zł na dziecko
POLECANE zwiń