Koniec mody na polskiego hydraulika

Poniedziałek, 5 listopada 2012 (07:23)

W pogrążonej w kryzysie zachodniej Europie nasi imigranci zarobkowi przestają być mile widziani. Dobre czasy i dla specjalistów, i dla pracowników fizycznych już były. Teraz drzwi do kariery za granicą są przed nami zamykane.

Zdjęcie

Pamiętacie, jak Polska Organizacja Turystyczna promowała nasz kraj we Francji? /AFP
Pamiętacie, jak Polska Organizacja Turystyczna promowała nasz kraj we Francji?
/AFP
Dziś Polak teoretycznie może podjąć pracę w każdym kraju Unii Europejskiej. Jest jednak cała paleta miękkich działań administracyjnych, za pomocą których można przymykać przed nim drzwi.

Przypadki łamania regulacji o prawie do swobodnego osiedlania się i podejmowania pracy pojawiają się nawet w Irlandii, która entuzjastycznie otwierała w 2004 roku swój rynek pracy dla Polaków. Rząd w Dublinie wprowadził pojęcie "habitual residence" jako warunek wypłaty zabezpieczeń socjalnych dla przyjezdnych pracowników. Spełnia go ten, kto udowodni, że przez ostatnie dwa lata bez przerwy przebywał na wyspie. Jednak jak wskazuje w swojej interpelacji do Parlamentu Europejskiego eurodeputowany Konrad Szymański, ostateczną decyzję o tym, czy dowody przebywania bez przerwy można uznać za wiarygodne, podejmuje arbitralnie irlandzki urzędnik.

Reklama

W Wielkiej Brytanii z kolei minister ds. wewnętrznych Theresa May poszła o krok dalej. Zapowiedziała, że swoboda osiedlania się obywateli innych krajów UE będzie przedmiotem renegocjacji z Brukselą. "Sunday Times" precyzuje: rząd chce uzyskać prawo do określania, z których krajów Unii imigranci mieliby pracować w Wielkiej Brytanii. - Otwarcie w 2004 roku rynku pracy dla imigrantów z Europy Środkowej było błędem. Blair dał się zauroczyć globalizacji i beztrosko podszedł do potencjalnych kosztów takiej decyzji - uważa lider do tej pory otwartej na przybyszów Partii Pracy, Ed Miliband.

Restrykcje wprowadzone przez władze w Dublinie i Londynie już przynoszą skutki. Wielka Brytania i Irlandia, do niedawna ulubiony kierunek Polaków, teraz znalazły się odpowiednio na 4. i 5. miejscu, po Niemczech, Francji i Holandii. Chce tam wyjechać 14,1 i 13,6 proc. tych Polaków, którzy szukają pracy za granicą.

Jednak także w Niemczech, gdzie bezrobocie jest niskie, a kondycja gospodarki dobra, przykłady miękkiego wpływania na polskich pracowników nie są rzadkością. Dotyczy to w szczególności firm świadczących usługi za Odrą, nękanych nadgorliwymi kontrolami niemieckich urzędów. W tej sprawie stanowisko zajęła Komisja Europejska.

- W związku z nadmiernymi kontrolami i ograniczeniami, jakie napotykają w Niemczech delegowani pracownicy, można się spodziewać wobec tego kraju kolejnych postępowań z finałem w Strasburgu - mówił komisarz ds. zatrudnienia Vladimir Szpidla.

Zdaniem Komisji Europejskiej rząd w Berlinie wybrał strategię uporczywego nękania firm świadczących usługi na terenie Republiki Federalnej. Chodzi np. o ciągłe sprawdzanie warunków bezpieczeństwa pracy na budowach, a także przestrzegania regulacji dotyczących higieny czy dziennego dopuszczalnego czasu pracy.

Wraz z rosnącym na Zachodzie bezrobociem takie zjawiska będą się nasilać. Z jednej strony jest retoryka otwartego rynku. Z drugiej szara codzienność ochrony własnego podwórka.

170 donosów na Polaków dziennie

Jednym ze sposobów eliminowania naszych rodaków z zachodniego rynku pracy było założenie w Holandii portalu z denuncjacjami na konkurencyjnych pracowników ze Wschodu. Skargi na zachowanie Polaków złożyło 46 tys. osób.

Przeanalizowaliśmy, jak po dziewięciu miesiącach działa strona radykalnego polityka Geerta Wildersa. Czy jest skuteczna i jakiego typu szkody przynosi osobom, które na nią trafiły.

Pytania w donosie są sformułowane jednoznacznie i brzmią: Czy masz kłopoty z obywatelami z Europy Środkowo-Wschodniej? Czy może straciłeś pracę przez Polaka, Bułgara, Rumuna? Partia Wolności oferuje państwu miejsce na niniejszej stronie internetowej, aby zgłosić skargi.

Za pośrednictwem specjalnego formularza na stronie www.meldpuntmiddenenoosteuropeanen.nl skargi na zachowanie Polaków złożyło do tej pory 46 tys. osób. Oznacza to, że dziennie powstawało ok. 170 doniesień (w tej chwili w Holandii oficjalnie mieszka 90 tys. Polaków. Nieoficjalnie jest ich nawet dwa razy więcej). Takie informacje podano nam w biurze prasowym Partii Wolności (Partij voor de Vrijheid) - pomysłodawcy witryny. Jak przekonuje PnRW, nikt w ugrupowaniu nie gromadzi danych na temat tego, ile z tych donosów skończyło się sprawami w sądzie i ile osób na ich podstawie straciło pracę albo musiało opuścić Holandię.

Ulubionym motywem z portalu Wildersa są oskarżenia o wykorzystywanie przez Polaków holenderskiego socjalu. Minister ds. społecznych Holandii Henk Kemp zaproponował, aby polscy pracownicy, którzy w ciągu trzech miesięcy nie znajdą zatrudnienia, byli deportowani. Pomysł oznacza tak drastyczne złamanie unijnych regulacji, że wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Viviane Reding ostrzegła władze w Hadze przed sankcjami ze strony Brukseli.

Najczęściej powtarzające się skargi na portalu Wildersa to te na podcinanie przez Polaków płac rodzimych Holendrów. Dwa tygodnie temu precedensowy wyrok w tego typu sprawie wydał sąd w Groningen. Uznał, że firma Remak z Opola, która zatrudnia 800 Polaków przy budowie elektrowni RWE w Eemshaven, musi im płacić już nie tylko holenderską płacę minimalną (jak przewidują unijne regulacje), ale uposażenie identyczne z tym, które obowiązuje w firmach holenderskich. A to oznacza podwyżkę do 40 proc. W ten sposób uderzono w kluczowy atut, jaki miały polskie firmy świadczące usługi na holenderskim rynku. Wyrok w sprawie Remaka będzie miał zastosowanie także wobec innych firm z naszego kraju działających w Holandii.

Jak tłumaczy Małgorzata Boss-Karczewska, która prowadzi portal Polonia.nl, ogromna większość Polaków jest ściągana do Holandii przez lokalne agencje zatrudnienia do pracy w bardzo uciążliwych warunkach i za słabe uposażenie, której po prostu Holendrzy nie chcą podjąć.

Jednak Henk Kemp, powtarzając niemal żywcem posty z portalu Wildersa, oskarżył niedawno Polaków, że "przyjeżdżają do Holandii po zasiłki". I zainspirował tym lokalne media, nakręcając wśród pracodawców spiralę niechęci do zatrudniania osób z naszego kraju. Darmowy tabloid "De Pers" określił Polaków jako "nowych piep...ych Marokańczyków", a zastępca burmistrza Hagi Marnix Norder o imigracji z naszego kraju mówi nie inaczej jak "polskie tsunami".

Tuż po powołaniu strony z donosami Wildersa Komisja Europejska zapowiedziała, że analizuje sprawę i bada okoliczności. Ksenofobiczna witryna www.meldpuntmiddenenoosteuropeanen.nl funkcjonuje bez problemu do dziś.

Jędrzej Bielecki

5 listopada 2012 (nr 214)

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

Dziennik Gazeta Prawna
POLECANE zwiń