Kariera: Powrót do tej samej rzeki

Środa, 9 maja 2007 (13:18)

Kręte są ścieżki kariery. W naszej kulturze powrót do dawnej firmy po "romansie" z inną jest bardzo trudny. Ale i Jack Welch, i osoby, które odważyły się na taki krok, przekonują, że warto zaryzykować.

Zdjęcie

/AFP
/AFP
O takim powrocie jak ten, który przytrafił się Annie Kozińskiej, wielu może tylko marzyć. W przeddzień Wigilii 2004 r. do drzwi jej domu zastukał człowiek, którego niegdyś sama, jako dyrektor personalny BRE Banku, zatrudniała: prezes Sławomir Lachowski. Trzymał w ręku bukiet kwiatów, lecz szybko uznał, że w obecności męża nie wypada obdarowywać kobiety kwiatami, więc przekazał bukiet panu Kozińskiemu z prośbą, żeby namówił żonę na powrót do BRE...

- To była dla mnie bardzo trudna sytuacja, bo zgoda oznaczałaby złamanie wszelkich reguł, którym hołdowałam jako HR-owiec - że odchodzenie z zaskoczenia, w środku toczących się projektów, jest bardzo nieeleganckie, a przy tym źle wygląda w CV - opowiada Anna Kozińska, która była już wtedy członkiem zarządu Danone'a, firmy znanej z nowoczesnych metod oraz narzędzi zarządzania ludźmi. Jako świeżo upieczona mama, miała duży komfort, dzięki możliwości częściowej pracy w domu (w ramach wprowadzanego właśnie przez HR programu "równowaga: praca-życie").

Reklama

Zaproszenie prezesa Lachowskiego burzyło ten świat. A poza tym uważała, zgodnie ze starą zasadą, że człowiek nie powinien wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Nie udało się tego zakomunikować Lachowskiemu, gdyż ten wyczuł jej intencje i przerwał słowami: "Najpierw posłuchaj, bo mowa o wejściu do zupełnie innej rzeki".

Roztoczył przed nią wizję, jakim bankiem chciałby zarządzać za kilka lat oraz zaprosił do budowania nowej organizacji. I tym ją przekonał, bo trudno o ciekawsze wyzwanie dla HR-owca niż przestrzeń do wprowadzania nowych rozwiązań, a zwłaszcza zadanie integracji pod jednym dachem dwóch różnych kultur organizacyjnych: starego BRE i młodego, dynamicznego detalu.

Dlaczego ludzie, raz podjąwszy decyzję, że do jakichś firm nie pasują, postanawiają jednak kontynuować pracę po przerwie?

- Powód odejścia bardzo rzadko tkwi w samej firmie; najczęściej są nim spory personalne, brak wyzwań, możliwości realizacji ciekawych zadań - tłumaczy Michał Młynarczyk, menedżer w firmie doradztwa personalnego Hays. - Jeżeli ten element niedopasowania zniknie, na przykład na skutek zmiany zarządu czy nowej strategii, powrót przestaje być absurdalny; może się wręcz stać logicznym klockiem w budowaniu kariery. Oczywiście, gdy wiąże się z awansem, dlatego że objęcie tego samego stanowiska zawsze będzie odczytane jako powrót na tarczy.

Sztuki powrotu można się uczyć choćby od Michała Makarczyka, który po "romansie" z Hestią i PZU wrócił do Generali. Odszedł, gdyż szukał nowych wyzwań, a Hestia proponowała wyższe stanowisko. W Sopocie spędził trzy lata, które zawodowo bardzo mile wspomina, ale ciągnęło go do Warszawy. Dlatego przyjął propozycję PZU. Po jakimś czasie zadzwonił członek zarządu Generali z propozycją powrotu. Nie zastanawiał się długo, firma obiecywała mu podwyżkę oraz awans (dzisiaj jest dyrektorem departamentu likwidacji szkód).

Własne doświadczenia wiele nauczyły go również jako szefa: - Wiem, jak trudno menedżerowi, nawet najlepszemu, utrzymać swoją motywację do pracy w danym miejscu i na stałym, wysokim poziomie. Często pojawiają się chwile zwątpienia, czy aby gdzie indziej wyzwania nie są większe. W takich momentach jeden telefon od head-huntera może sprowokować do zmiany pracy. A wystarczyłoby, żeby szef pochwalił, przywrócił poczucie, że człowiek jest niezastąpiony w firmie. To takie proste, a tak rzadko stosowane.

On sam, po podobnych przejściach, bardzo o to dba (z dużymi sukcesami) - w badaniach satysfakcji pracowniczej jego dział regularnie wypada najlepiej; bardzo niewielka jest też rotacja.

Dla jednych awans stanowi pokusę, aby wrócić, dla innych to niedźwiedzia (w danym momencie) przysługa. Przekonał się o tym Konrad Rosiński, który w 1998 r. odszedł z firmy logistycznej Maersk właśnie z powodu propozycji awansu na stanowisko kierownika sprzedaży na środkową Polskę. Oferta była nader kusząca, tyle tylko że obarczona jednym mankamentem - koniecznością przeprowadzki do Warszawy, dokąd firma przenosiła operacje łódzkiego oddziału, w którym pracował cztery lata. Maersk zapewniał atrakcyjny pakiet, mający zrekompensować mu trudy mieszkania w stolicy i rozłąkę z rodziną. - Ale właśnie urodziło się nam dziecko - wspomina Rosiński. - Przez pewien czas próbowałem być weekendowym mężem i tatą, jednak nikomu to nie wychodziło na dobre, także pracy.

Dlatego, choć miał świadomość bardzo wtedy trudnej sytuacji na łódzkim rynku pracy dla menedżerów, po roku życia na walizkach odszedł z firmy.

- To był rozwód na normalnych warunkach, pozwolono mi dokończyć prowadzone sprawy, przekazać wszystko następcy - opowiada.

Wrócił do Łodzi. Pozostał w branży logistycznej, jednocześnie założył spółkę, która prowadziła działalność handlową. Po dwóch latach usłyszał, że nową, dużą inwestycję w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Łodzi Mszczonowie otwiera Maersk. Firma miała już nowy zarząd, jednak nie zapomniała o nim. Po telefonie z propozycją rozmowy długo wahał się, czy ją podjąć.

Samego spotkania nie zapomni: - To dziwne uczucie, gdy kandydat do pracy wie o firmie i jej pracownikach dużo więcej niż rekrutujący go świeżo powołani członkowie zarządu - wspomina. - Zresztą konfrontacja korporacyjnych procedur z moim osobliwym przypadkiem często prowadziła do śmiesznych sytuacji - kogo o referencje ma prosić spółka chcąca zatrudnić człowieka, którego wcześniejszym pracodawcą była ona sama?

Jego drugi raz w firmie trwa już siedem lat - i ani przez moment nie żałował tej decyzji. W tym czasie awansował. W obecnej chwili jest dyrektorem sprzedaży ds. magazynowania i dystrybucji, czyli wiodącego produktu oferowanego przez Maersk Logistics.

- Do dużych firm wraca się łatwiej - uważa. - Nie chodzi tylko o to, że nie zaskoczy cię funkcjonalność mebli czy kolor wykładzin, taki sam w każdym z biur na świecie, ale o wspólną tradycję oraz wartości. Od pierwszego dnia wiesz, jakim mówić językiem, jesteś świadom oczekiwań zarządu i przełożonych. Wiedziałem na przykład, że w firmie liczy się wynik, dlatego mogę pozwolić sobie na ważną dla mnie dużą elastyczność czasu i miejsca pracy.

Czy - gdyby mogli cofnąć czas - woleliby w ogóle nie odchodzić?

- Rozstanie pozwoliło mi zatęsknić, ale i nabrać dystansu do wielu spraw - mówi Konrad Rosiński. Wcześniej czasami zżymał się na korporacyjne ograniczenia; stojąc z boku zrozumiał, że pewien poziom biurokracji i zorganizowania jest niezbędny dla utrzymania w ryzach dużej, złożonej firmy.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

Więcej na temat:wraca | awans | Wojtek Wolski | kariera | firma | firmy | powrót
POLECANE zwiń