Gdy w Polsce nie ma pracy

Poniedziałek, 30 września 2013 (12:30)

Bezrobocie to w Polsce ogromny problem. Żadna to nowość. Można powiedzieć, że szczęściem w nieszczęściu dla bezrobotnych Polaków są otwarte granice. Dzięki temu wielu z nich może wyjechać lub regularnie dojeżdżać do pracy u sąsiadów. Szczególnie widoczne jest to w regionach nadgranicznych.

Nad granicą położona jest między innymi gmina Słońsk. Dla niezorientowanych dodamy, że to województwo lubuskie, a więc obszar kraju o "tradycyjnie" już wysokim bezrobociu. I żeby nie być gołosłownym, poprzemy to statystyką. Na koniec stycznia tego roku w województwie lubuskim stopa bezrobocia wyniosła 16,9 procent, w powiecie sulęcińskim (w którym Słońsk się znajduje) 17,1 procent. To jednak suche liczby, średnią bezrobocia oblicza się dla danego regionu, zaniżają ją miasta powiatowe czy wojewódzkie, gdzie bezrobotnych jest zawsze mniej.

Natomiast w małych, położonych na uboczu, rolniczych gminach, jest jeszcze gorzej. A taką właśnie gminą jest Słońsk. Mieszka tu 4800 osób. Za poprzedniego ustroju funkcjonowały tam dwa PGR-y. Nic więc dziwnego, że gdy padły, mnóstwo mieszkańców gminy pozostało bez pracy. W tym momencie warto postawić pytanie, ilu? Lub może, aby lepiej zobrazować tutejszą sytuację, ilu jeździ do pracy za granicę?

Co piąty albo i więcej

Reklama

Podczas tegorocznej kolędy ksiądz Józef Drozd, proboszcz ze Słońska stwierdził, że około dwudziestu procent mieszkańców tej gminy pracuje za granicą. Choć te dane koryguje Beata Sroka, zastępczyni wójta gminy.

- Na podstawie tego, co odnotowano w czasie ostatniego spisu powszechnego wynika, że ta liczba jest większa. Zresztą i bez tego to wiem, przecież znam własną gminę. Szczególnie od wiosny do jesieni dużo osób wyjeżdża do pracy, szczególnie do Niemiec. Wtedy za granicą jest na pewno więcej niż jedna piąta mieszkańców gminy - mówi.

Na pytanie dlaczego wyjeżdżają, wszyscy odpowiadają podobnie. I też z reguły pytaniem: - Gdzie tu znaleźć pracę, za ile, lub na jaką umowę?

A później płyną opowieści o zarobkach po tysiącu złotych z groszem, lub trochę większych, ale za pracę po kilkanaście godzin dziennie, o śmieciowych umowach. Do tego o kosztach dojazdu, bo z reguły nawet do tych marnych miejsc pracy trzeba dojechać spory kawałek. Czyli polskie losy wielu mieszkańców tego kraju. Szczególnie tych, którzy mieszkają na głębokiej prowincji, gdzie przemysłu, ani dużych zakładów pracy się nie ściągnie. Słowem nie ma innego wyjścia, trzeba wyjeżdżać na Zachód.

Wyprowadzić się na stałe

Beata Grabińska to sołtyska Polnego, jednej ze wsi w gminie Słońsk. W jej wsi mieszkają 84 osoby, z tego do pracy na Zachód wyjeżdża tylko kilka osób. Statystycznie wyglądałoby to nieźle, problem w tym, że tam są prawie sami emeryci lub młodzi ludzie. Dzieci i młodzieży do lat 18 mieszka tam 24, a więc oni dopiero będą się zmagać z polskim rynkiem pracy. Pani sołtys ma to już za sobą.

- Pracowałam w Gorzowie Wielkopolskim w jednym z tamtejszych marketów - wspomina. - Dojeżdżałam prawie czterdzieści kilometrów w jedną stronę. Więc łatwo policzyć ile wydawałam na paliwo, a jakie są zarobki sprzedawców, każdy wie. Pomijając już fakt, że trudno się tam było doprosić o umowę o pracę.

Nic więc dziwnego, że gdy trafiła się okazja, zaczęła pracę w Niemczech. Miała tam łatwiej, bo w tym samym zakładzie pracują jej synowie: Daniel i Paweł. Oni wcześniej zatrudnieni byli na budowach, zarabiając 1700-1800 złotych za dwanaście godzin pracy. Więc wyjechali, a po jakimś czasie mama do nich dołączyła. Wszyscy pracują w zakładzie zajmującym się przerobem indyków. Na ponad sześćdziesięciu pracowników, zdecydowaną większość stanowią Polacy. Zakład znajduje się 534 kilometry od ich wsi. Muszą więc mieszkać na miejscu, zjeżdżają tylko na weekendy.

- Oczywiście, że wolałabym pracować na miejscu, tym bardziej, że oprócz jeszcze jednego, pełnoletniego syna, mam też czternastoletnią córkę. Lecz niestety, jeśli chcę godnie zarobić, to muszę pracować w Niemczech - stwierdza B. Grabińska.

Jej synowie tylko to potwierdzają. Podobnie jak i wielu innych mieszkańców. Jeden z nich (nie zgodził się na ujawnienie danych personalnych) codziennie dojeżdża do Zalando w miejscowości Großbeeren pod Berlinem.

Zalando to duża firma zajmująca się wysyłką ubrań. Dowożone są tam od producentów, głównie z Chin. W zakładzie są przepakowywane do worków i kartonów, a następnie rozsyłane do odbiorców po całych Niemczech i za granicę.

- Ja zajmuję się właśnie ich pakowaniem - mówi. - To prosta praca, którą może wykonywać praktycznie każdy.

Zarabia około 760 euro. Oczywiście na niemieckie warunki to marne pieniądze. Lecz nawet na takie w swych okolicach nie miałby szans. Jego dziewczyna, która skończyła w Niemczech germanistykę, jednoznacznie stwierdza, że chce w tym kraju zamieszkać na stałe.

- A co miałabym robić w Polsce? - pyta.

Kierownik u Niemców

Inny z naszych rozmówców, pan Robert ze Słońska, jeszcze jako student wielokrotnie wyjeżdżał do Niemiec. Pracował tam na budowach, jako pakowacz w ogromnym magazynie, odźwierny i kelner w jednym z prestiżowych berlińskich hoteli. I to nie wszystko, zatrudniony był także w NEB Berlin i Deutsche Bahn.

Z wykształcenia jest politologiem. Ukończył również podyplomowe studia z zakresu logistyki. Ma doświadczenie w zarządzaniu personelem, conrtollingu i logistyce, posiada również uprawnienia do prowadzenia samochodów ciężarowych. Przez jakiś czas pracował w Polsce w dużej firmie produkującej wiązki do aut, w dziale logistyki i zaopatrzenia.

Trzy lata temu znalazł w niemieckiej gazecie ogłoszenie. Tamtejsza firma produkująca pasze, szukała kierownika transportu. Przesłał swoje dokumenty i wkrótce zaproszono go na rozmowę kwalifikacyjną. A po niedługim czasie dowiedział się, że zostanie zatrudniony. Od razu w nowej firmie został kierownikiem transportu-dysponentem.

- Myślę, że po prostu dobrze się zaprezentowałem - opowiada. - Poza tym na pewno moim atutem był też fakt, że firma swe produkty wysyła do dwóch państw: Niemiec i do Polski. Słowem znajomość polskich zwyczajów, doświadczenia i języka na pewno do szefów przemawiała, gdy mnie zatrudniali. I zamierzam tam zostać. Nawet gdyby się trafiła podobna praca w kraju, to nie zarobię tyle, co tam.

Rozwiązanie wielu problemów

Niestety jest on wyjątkiem potwierdzającym regułę. Bowiem praktycznie wszyscy mieszkańcy tej gminy wyjeżdżając za granicę, pracują tam fizycznie. Mężczyźni często na budowach, wiele kobiet to opiekunki dla osób starszych.

- Sąsiedztwo granicy to dla nas w pewnym sensie dobrodziejstwo - mówi Janusz Krzyśków, wójt gminy Słońsk. - Jak dla wszystkich zresztą gmin znajdujących się blisko Niemiec. Oczywiście lokalni samorządowcy zdają sobie z tego sprawę, można powiedzieć, że to naturalne zaplecze i rozwiązanie wielu problemów egzystencjonalnych w Polsce zachodniej.

Nadeszła jesień, kończą się ostanie prace sezonowe, to oznacza, że statystyki bezrobocia w kraju i opisywanym regionie "tradycyjnie" pójdą w górę. Można powiedzieć, że szczęściem w nieszczęściu dla tej gminy jak i całej Polski są rynki zachodnie, gdzie zawsze jest szansa na znalezienie zatrudnienia, gdy nie ma go w kraju.

Damian Szymczak

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń