Daleko od raju

Sobota, 28 lipca 2012 (06:00)

Niskie zarobki, mordercza praca. Stres, szykany, dyskryminacja. Praca w handlu wielkopowierzchniowym zapewnia całą gamę upokorzeń i niedogodności. Rynek zmienia się dynamicznie, lecz w tym, że koszty starcia handlowych gigantów ponoszą głównie ich pracownicy.

Zdjęcie

Zagraniczne sieci handlowe były zwalniane z podatku, ale w zamian miały stworzyć dobre miejsca pracy /Reporter
Zagraniczne sieci handlowe były zwalniane z podatku, ale w zamian miały stworzyć dobre miejsca pracy
/Reporter
Gdy przed kilkunastu laty wielkie sieci handlowe z transnarodowym kapitałem wkraczały do naszego kraju, zostały powitane życzliwie. Supermarkety, hipermarkety, dyskonty - oferujące nowoczesną formę sprzedaży i szeroki asortyment towarów - miały umożliwić Polakom realizację marzeń o konsumpcji, może nie aż luksusowej, nieporównywalnej jednak z tym, czego doświadczali w czasach PRL.

Wielkie obiekty handlowe miały też, na co z punktu widzenia społecznego kładziono nawet większy nacisk, dostarczyć dziesiątków tysięcy nowych, atrakcyjnych miejsc pracy.

Starcie handlowych gigantów

Reklama

Krążenie między półkami, standami, chłodniami i specjalistycznymi stoiskami w wielkich sklepach, rodzinne celebrowanie zakupów stało się początkowo nową pasją. Wielki wybór produktów, światowe marki, blichtr opakowań... Ale po miłym szoku nowości, przyszedł szok kolejny, mniej sympatyczny, tym razem dla tych, którzy w wielkopowierzchniowych sklepach zagranicznych sieci handlowych znaleźli zatrudnienie.

Zmiany - odczuwalne dla pracowników wszystkich sieci - pojawiły się około roku 2008, ale w Polsce, inaczej niż w świecie, trudno je tłumaczyć kryzysem. Dynamicznie od kilkunastu lat rozwijająca swą działalność w naszym kraju duńska firma JYSK, a dokładniej jej oddział JYSK Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Gdańsku od 2009 roku przyniósł zysk netto rzędu 130 mln złotych. Tesco Polska, z siedzibą w Krakowie, według danych z centrali brytyjskiego koncernu, od marca br. zwiększyła sprzedaż o 3,3 proc. Przyczyny pewnej nerwowości w działaniach zagranicznych sieci handlowych prowadzących biznes w naszym kraju są więc inne i wiążą się z walką o zajęcie mocnej pozycji przed decydującym starciem.

Polski rynek - największy w Europie Środkowowschodniej - oraz atrakcyjne warunki, jakie u progu lat 90. stworzono zagranicznym podmiotom gospodarczym, przyciągnęły wiele globalnych firm handlowych. Dziś super- i hipermarkety: Tesco, Real, Carrefour, Auchan, E. Leclerc czy dyskonty, takie jak Biedronka, Lidl, Netto, Aldi, Kaufland (a to tylko część handlowego pejzażu ostatnich dwóch dekad), toczą bój o polski rynek, bo według analityków, jest na nim miejsce tylko dla trzech globalnych sieci marketów i dwóch sieci dyskontów.

Rzecz jednak nie w tym, że rynek zmienia się dynamicznie, lecz w tym, że koszty starcia handlowych gigantów ponoszą głównie ich pracownicy. W mniejszym stopniu także klienci.

Tesco Polska: Więcej sklepów, mniej pracowników

- Gdy brytyjskie Tesco startowało na naszym rynku, oferowało naprawdę przyzwoite warunki pracy, trudno było tego nie docenić - mówi Elżbieta Jakubowska, szefowa Solidarności w Tesco Polska. - Ale od paru lat tę politykę radykalnie zmieniono. Firma stała się drapieżna. Dominuje chęć odniesienia maksymalnych korzyści finansowych, kosztem wszystkiego co się da, przede wszystkim zaś pracowników.

W praktyce wygląda to tak, że pracownicy hipermarketów, mimo sprecyzowanego w umowach zakresu obowiązków, muszą robić właściwie wszystko.

Tesco ma w Polsce już ponad 420 sklepów. W ubiegłym roku przybyło ich około 50, więc trudno mówić o kryzysie. Ale założona w 1919 roku przez Jacka Cohena firma traci klientów w macierzystej Anglii. Mają temu zapobiec zwiększone obsady sklepów i większa dbałość o klientów. Cięcie kosztów było błędem - przyznał niedawno Philip Clarke, obecny prezes koncernu.

W tym samym czasie próbę zwolnienia 1000 osób w polskim segmencie firmy, tylko dzięki ostrym protestom wszystkich działających w Tesco Polska organizacji związkowych udało się znacznie ograniczyć. Ale i tak zatrudnienie straciło 350 osób.

- U nas oszczędza się na prądzie, na wodzie, na higienie. Skutki tego widać na zapleczu. Ale i sklepy z wolna tracą swój dotychczasowy wygląd. Zmniejsza się obsługa, na nocnych zmianach hale sklepowe są niedoświetlone, co zdecydowanie pogarsza warunki pracy i zwiększa zagrożenie wypadkami - wylicza jeden z pracowników. - Zarabiamy dziś mniej niż w Biedronkach, ludzi wyrzuca się z roboty pod byle pretekstem, a potem kierownictwo się dziwi, że na dzień dobry nie uśmiechamy się do klientów.

JYSK Polska: Podwyższamy komu chcemy

Komisja Zakładowa "S" w JYSK Polska pozostaje w sporze zbiorowym z pracodawcą od zeszłej jesieni. Postulat jest tylko jeden i dotyczy podniesienia płac. Ale co z tego, że Solidarność spełnia ustawowe kryteria reprezentatywności, a założona przez Larsa Larsena firma pochodzi z kraju, gdzie wyjątkowo dba się o ludzi pracy i szanuje uprawnienia związków zawodowych. Menedżment polskiego segmentu JYSKA w związkowej reprezentacji pracowników nie chce dostrzec partnera. Owszem, konsultacje pro forma się odbywają, ale postulaty strony pracowniczej są po prostu ignorowane.

Związkowcy podkreślają, że mimo dobrych wyników finansowych JYSK Polska (mowa o wspomnianych wyżej 130 mln złotych zysku), płace w firmie nie były indeksowane od roku 2008. Kierownictwo odpiera jednak te zarzuty, wyjaśniając, że w polskim segmencie firmy zarobki podwyższa się na podstawie oceny pracowników, a nie na zasadzie indeksacji. - Obecnie jesteśmy w trakcie prowadzenia ocen i indywidualnych rozmów z pracownikami sklepów. Stanie się to podstawą do podwyższenia zarobków najlepszym pracownikom - czytamy w odpowiedzi udzielonej "Tygodnikowi Solidarność". Co jednak ciekawe, w duńskiej centrali stosuje się indeksację, tyle że wskaźnikową: 2,5 proc. raz na dwa lata.

- Nie mamy nic przeciwko podwyżkom uznaniowym dla osób szczególnie przez firmę docenianych, ale inflacja dotyka wszystkich pracowników - ripostuje Przemysław Kowalski, przewodniczący Solidarności w JYSK Polska. - Dlatego domagamy się wyrównania ubytku płacy realnej dla wszystkich zatrudnionych. I dlatego weszliśmy w spór zbiorowy z pracodawcą.

Kierownictwo z Gdańska przekonuje też, że ubiegły rok zamknął się 26 milionami złotych straty, a na wspomniane 130 milionów zysku, składają się kwoty uzyskane ze sprzedaży towarów, które Centrum Dystrybucji w Radomsku rozprowadza do sklepów w całym regionie Europy Środkowowschodniej. Ale kulawe to argumenty, bo zarząd polskiej spółki, mimo że prawem zobowiązany, nie przedstawił związkowcom żadnych dokumentów finansowych, które by realność tych strat potwierdzały. A co więcej, nowoczesne centrum dystrybucji w Radomsku jest przecież integralną częścią JYSK Polska.

Solidarność: List do królowej

Organizacja związkowa "S" w Centrum Dystrybucji w Radomsku powstała jesienią 2011. - Solidarność, która tu powstała, była duża. O jej sile stanowili brygadziści, ludzie z autorytetem na zakładzie. Minęło ledwie parę miesięcy i już ich zdegradowano. Przypadek? - pyta retorycznie pracownik radomszczańskiego centrum.

Redukcję zatrudnienia w centrum tylko częściowo da się tłumaczyć lepszym wykorzystaniem pracowników, czyli zwiększaniem tzw. produktywności. Nieodnawianie umów na okres zamknięty, etaty cząstkowe, zastępowanie stałych pracowników JYSKA osobami z agencji pracy tymczasowej - to wszystko układa się w dość logiczny ciąg zdarzeń.

Odpowiadając na nasze pytania, firma zapewniała, że w JYSK Polska nie stosuje się tzw. umów śmieciowych. Deklarowano też gotowość do dialogu z pracownikami. Ale praktyka przeczy słowom, bo właśnie w Radomsku wejdzie od września skrajnie wyczerpujący przy tym rodzaju pracy nowy sposób rozliczania jej czasu. Sposób znacznie korzystniejszy dla firmy niż dla pracowników. Wiadomo przecież, że pracodawcy unikają płacenia nadgodzin, wynikających z sezonowego spiętrzenia zamówień. Związek wyszedł naprzeciw oczekiwaniom kierownictwa i godził się na tzw. równoważny system czasu pracy, ale w rozliczeniu comiesięcznym, nie kwartalnym. Jednak pracodawca zignorował opinię "S" i postawił na swoim.

Spór zbiorowy o podwyżkę utknął w martwym punkcie. Po doprowadzeniu do zmiany mediatora kierownictwo spółki zręcznie korzysta z nieprecyzyjnych zapisów ustawy o mediacji, np. domagając się, aby strona związkowa dojeżdżała na rozmowy do Gdańska. Ewentualnie do Warszawy. Tyle że zakładowej "S", z siedzibą w Katowicach, zwyczajnie nie stać na takie delegacje. Zarząd skutecznie blokuje też zamiar przeprowadzenia referendum w sprawie strajku.

W odruchu desperacji związkowcy z polskiego JYSKA napisali z prośbą o pomoc do duńskiej królowej. W lakonicznej odpowiedzi, sekretariat dworu poinformował o przekazaniu listu do centrali firmy w Aarhus. Podobno władze koncernu wyraziły swe całkowite poparcie dla zarządu firmy w Polsce. Ale kierownictwo w Gdańsku pomysł zwrócenia się do monarchini uznało za niezbyt merytoryczny. Chyba niesłusznie, bo założyciel JYSKA Lars Larsen w duńskiej witrynie firmy szczyci się przecież tytułem nadwornego dostawcy Jej Królewskiej Mości Małgorzaty II, królowej Danii.

Takich miejsc pracy nie chcemy

Alfred Bujara, przewodniczący sekcji krajowej pracowników handlu NSZZ "S"

Kiedy zagraniczne sieci handlowe wchodziły do Polski, to uzyskały naprawdę korzystne warunki do działania. Były zwalniane z podatku, ale w zamian za finansowe przywileje miały stworzyć dobre miejsca pracy. W handlu miało przybyć wiele nowych, dobrych miejsc pracy, widzimy jednak, że jest całkiem inaczej.

W hipermarketach, w dyskontach pracuje dziś coraz mniej ludzi. Zwalnia się doświadczonych pracowników, pozostali są obciążeni pracą ponad siły, za co dostają nędzne, często niepodwyższane od lat wynagrodzenie. Niepokojąco rośnie liczba umów śmieciowych, umów na czas określony. Handlowców z doświadczeniem coraz częściej zastępuje się ludźmi z agencji pracy tymczasowej.

Cięcie kosztów pracodawcy chętnie tłumaczą kryzysem, ale w naszym kraju transnarodowy handel kryzysu wcale nie odczuwa. Przeciwnie, sprzedaż oraz zyski zagranicznych firm wciąż rosną. Największe sieci w bezpardonowej walce o udziały w rynku otwierają kolejne sklepy, inwestują w reklamę, budują nowe siedziby. Wszystko kosztem własnych pracowników: przemęczonych, wyzyskiwanych, zmuszanych do pracy w nieludzkich warunkach. Do tego dochodzą szykany, poniżanie, stres, dyskryminacja związkowców.

Nie mówimy tu o jakichś izolowanych przypadkach, to dziś właściwie reguła. Od dwudziestu lat nie było w handlu tak złej sytuacji, a skala zjawiska jest poważna, bo w marketach o transnarodowym kapitale pracuje 400 tys. ludzi, z tego około 250 tys. w hipermarketach. I płacą oni za to ogromną cenę osobistą, rodzinną, społeczną. Pytanie, czy musimy się na to godzić? Czy o takie miejsca pracy nam szło? Nie, my nie chcemy takich miejsc pracy. Czas najwyższy, żeby o wielkiej rzeszy pracowników handlu wyzyskiwanych przez zagranicznych pracodawców pomyśleli wreszcie politycy, żeby tą sprawą zajęły się odpowiednie agendy państwa.

Waldemar Żyszkiewicz

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

POLECANE zwiń