Apetyt na szkolenia

Poniedziałek, 30 czerwca 2014 (10:15)

Uważa się, że jedną z największych zalet pracy w korporacjach są możliwości rozwoju. Czy faktycznie? Ola, Dominika i Mateusz opowiadają nam, czego nauczyli się, pracując w nowoczesnych centrach usług, i czy pomogło im to awansować.

Dobry plan rozwoju

Dominika ukończyła finanse i rachunkowość na uniwersytecie w Toruniu. W ramach programu Erasmus spędziła rok na uczelni w Niemczech, gdzie udało się jej uzyskać licencjat z zakresu zarządzania i oczywiście wyszlifować język. Ponadto zawsze czuła, że ma predyspozycje do zarządzania ludźmi - wprost idealna kandydatka do pracy w korporacji. Po drugiej rozmowie kwalifikacyjnej została zatrudniona w jednym z SSC w Bydgoszczy i poczuła się jak ryba w wodzie. - Od początku jasno i otwarcie rozmawiałam z przełożonym o moich oczekiwaniach i o tym, co mnie interesuje, w jakim miejscu chciałabym się znaleźć za 3-5 lat. To pomogło we wspólnym ułożeniu odpowiedniego programu rozwoju osobistego - mówi Dominika. Taki plan to z jednej strony podstawa dla pracownika, dzięki której może on ubiegać się o szkolenia, na których mu zależy, a z drugiej - zobowiązanie, że osiągnie założone cele. Inaczej się nie da - w korpo nie ma miejsca dla ludzi, którzy nie chcą się rozwijać. Zresztą... gdzie jest?

Droga Oli nie była aż tak oczywista. Po studiach z handlu zagranicznego przez rok zajmowała się ubezpieczeniami. Dopiero później, trochę przez przypadek, znalazła się w firmie BPO. - Na początku najbardziej kusząca była możliwość pracy w obcym języku. Trafiłam do zespołu obsługującego księgę główną klienta zagranicznego. Nie czułam się na straconej pozycji w stosunku do osób z kierunkowym wykształceniem, bo i tak praktyka jest zupełnie inna niż teoria. Najważniejsze jest to, żeby szybko się uczyć, bo pewne przepisy czy regulacje ciągle się zmieniają - mówi Ola. Podczas szkoleń wstępnych uczyła się wszystkiego - od najprostszych reguł rachunkowych po sposoby obsługi klienta. - W "pakiecie startowym" było najwięcej szkoleń. Później co roku mogłam wybierać kilka, w tym dofinansowywane kursy językowe - dodaje.

Reklama

Mateusz ma dyplom magistra filozofii i jest prawdziwym molem książkowym. Co prawda na studiach jego lektury miały inny charakter, ale wciągnął się także w te oferowane przez centrum outsourcingowe. - Firma, w której pracuję, ma wirtualną bibliotekę z tysiącami książek na temat księgowości i zarządzania projektami. Co prawda nie da się tego ściągnąć, ale wystarczy wejść do sieci firmowej i przeglądać nowe pozycje. Dzięki temu można się super doszkolić. W bibliotece znajdują się na przykład podręczniki dotyczące Prince'a, które są trudno dostępne na rynku i kosztują niebotyczne pieniądze - ekscytuje się Mateusz. Czy w celach poznawczych spędzał w biurze długie zimowe wieczory? Niekoniecznie! - W księgowości są bardzo gorące okresy i takie, w których na pewno znajdziesz czas na lekturę - mówi. Innym narzędziem, które pomogło Mateuszowi się rozwinąć, były szkolenia on-line.

Z platformy e-learningowej korzystała także Dominika, choć przyznaje, że woli interakcję z prowadzącym i możliwość zadawania pytań. - Kursy na komputerze są lepsze dla osoby w typie samouka, ale każdemu pozwalają odświeżyć podstawy np. technik negocjacji lub sposobów radzenia sobie ze stresem - twierdzi. W niektórych firmach zaliczenie kursów otwiera drzwi do dalszego rozwoju. Ktoś, kto upatrzył sobie szkolenie zewnętrzne, najpierw musi zaliczyć pewną ilość tych zamieszczonych on-line. Choć Dominika pracuje w branży BPO/SSC już 9 lat, wciąż ma apetyt na zdobywanie wiedzy. Wkrótce zamierza rozpocząć przygotowania do międzynarodowego dyplomu CIMA. Chce także załapać się na szkolenie z VAT-u prowadzone przez jedną z firm Wielkiej Czwórki.

Mateuszowi zależało na certyfikacie z Prince'a. - U mnie w pracy był fundusz, z którego można było otrzymać dotację na konkretny kurs zewnętrzny, oczywiście, jeżeli był zgodny z planem osobistego rozwoju. Prince2 kosztował wtedy ponad 3000 zł. Pracodawca zapłacił połowę, ale czasem udaje się uzyskać nawet dwie trzecie ceny - twierdzi Mateusz. W zamian musiał podpisać deklarację lojalności. Jeżeli odszedłby z firmy w ciągu roku, musiałby zwrócić część dotacji.

Wszystko można wypracować

W parze z poszerzaniem wiedzy idą inne możliwości. Dominika otrzymała propozycję wyjazdu na kontrakt do Niemiec. Jednak najpierw musiała przejść wewnętrzną rekrutację. - Chodziło o zbudowanie lepszych relacji z naszym klientem, ale dla mnie była to szansa na poszerzenie horyzontów. Zobaczyłam proces od drugiej strony, co pozwoliło mi lepiej go zrozumieć i poznać nowe obowiązki. Dużą zaletą wyjazdu było też to, że nabrałam większej swobody w biznesowych rozmowach po niemiecku - opowiada. Do Polski wróciła po roku, już na stanowisko koordynatora odpowiedzialnego za niemieckich klientów. Cały czas uczyła się tego, jak zarządzać zespołem. - Moja bezpośrednia przełożona odgrywała jednocześnie rolę coacha. Omawiałam z nią bieżące sprawy. Analizowałyśmy też różne przypadki. Byłam pytana na przykład o to, jak zachowałabym się w danej sytuacji, w jaki sposób rozwiązałabym dany spór, jak poprowadziłabym rozmowę z osobą, która źle wykonała swoje obowiązki itp. Szefowa naprowadzała mnie na znalezienie optymalnych rozwiązań - opowiada Dominika. Podczas kontraktu w Niemczech jej mentorem był dyrektor tamtejszego oddziału. Miała z nim sesje raz w miesiącu.

Ola, choć nie była przekonana, że zarządzanie ludźmi to jej mocna strona, naturalnie zaczęła pełnić funkcję lidera. Na początek otrzymała trzyosobowy zespół. Liczba podległych jej pracowników ciągle rosła, a wraz z nią - zakres obowiązków. - Po pewnym czasie zostałam liderką zespołu P2P, czyli należności. Nie znałam się na tym za dobrze, a ponieważ lubię wiedzieć, co dzieje się w zespole, siedziałam nad najprostszymi zadaniami razem z księgowymi, aż zrozumiałam, o co chodzi. Zyskałam tym ich szacunek - mówi. Menedżerowie muszą też przygotowywać i prowadzić prezentacje dla klientów, a to dla Oli było nie lada wyzwanie. - Miałam problem z wystąpieniami publicznymi, a w pewnym momencie okazało się, że to integralna część mojej pracy. Powodowało to stres i ból brzucha, jak przed egzaminem na studiach - wspomina. Ola otwarcie powiedziała przełożonym, że czuje się niekomfortowo z takimi zadaniami, i poprosiła o szkolenia. - Brałam udział w dwóch dużych sesjach połączonych z coachingiem. Oprócz teorii na temat technik prezentacji i niwelowania poziomu stresu były też zajęcia praktyczne z nagrywaniem i oglądaniem siebie na ekranie. Teraz przemówienia przed szerokim gronem nie stanowią dla mnie najmniejszego problemu. Nawet nie muszę się do nich specjalnie przygotowywać. Okazało się, że była to rzecz do wypracowania - cieszy się. Ola brała też udział w menedżerskich centrach oceny, które weryfikują obszary wymagające poprawy. Uważa, że, aby zostać liderem, niekoniecznie trzeba być mocnym we wszystkim.

Oczywiście nie dla każdego awans musi oznaczać zarządzanie zespołem. Mateusz określa siebie jako bardzo dobrego pracownika "back office". - Pracuję na pozycji lidera projektu. Przy dobrych wiatrach wkrótce zostanę menedżerem projektu i to będzie dla mnie całkowicie satysfakcjonujące. W mojej działce później jest jeszcze Program Manager, prowadzący wiele projektów wewnątrz jednego programu, oraz Portfolio Manager, który zarządza potężnymi pieniędzmi i wieloma projektami naraz. Ja nie mam parcia na zrobienie kariery i nie jestem zbyt chętny, żeby często wyjeżdżać. Mam już rodzinę i trochę inaczej poustawiane priorytety - mówi.

Awanse poziome i pionowe

Dominika po pewnym czasie odczuła niedosyt, ale w firmie nie widziała odpowiedniej dla siebie roli. Ciekawą ofertę znalazła w Gdańsku. Przeprowadzka nie stanowiła dla niej żadnego problemu. Obecnie pracuje w firmie BPO. - Większość mojej kariery spędziłam w SSC, więc mam porównanie obu środowisk i uważam, że w BPO są większe możliwości rozwoju, bo firmy z tego sektora stawiają na ekspansję i pozyskiwanie nowych zleceniodawców. Można przejść do obsługi innego klienta bez zmiany pracodawcy i w ten sposób zwiększyć zakres obowiązków. Awanse poziome dają szerszą perspektywę. W organizacji z sektora BPO dużo łatwiej jest też o awans pionowy i sukcesywny rozwój kariery wraz z ekspansją firmy - twierdzi Dominika. Mateusz ma na ten temat inne zdanie: - SSC znacznie bardziej dba o rozwój pracowników, bo są oni częścią korporacji i pracują dla niej, a nie dla zewnętrznego klienta, a to diametralna różnica. Poza tym w SSC nie chodzi tylko o cięcie kosztów, budujemy tzw. excellence center, w którym pracują wybitni specjaliści w danej dziedzinie - mówi. Mateusz jest wdzięczny organizacjom (po 5 latach zmienił firmę na inną) za to, ile się w nich nauczył, ale dostrzega też pewne minusy. - Niestety, za rosnącymi umiejętnościami nie idzie odpowiednio wyższa pensja. Ponadto decyzyjność jest gdzieś daleko ode mnie i to czasami mnie blokuje - dodaje.

Mateusz niedawno dowiedział się, że jego korporacja przenosi się z Polski do Indii. - Nie rozumiem tej decyzji, tym bardziej że wypracowaliśmy sobie bardzo dobrą opinię. Dostajemy teraz bardzo pozytywną informację zwrotną od Anglików, z którymi na początku nie było za miło. Ale nie martwię się o siebie na rynku pracy. Wciąż powstają nowe centra, a ja przez 7 lat poznałem mnóstwo ludzi, którzy teraz mogą być moimi szefami. Możliwość budowania wielu relacji to niesamowity plus zatrudnienia w firmach typu SSC - podkreśla.

Ola od 9 lat jest wierna jednemu klientowi i uważa, że to procentuje. - Mnóstwo osób po kilku miesiącach wybiera inną firmę czy klienta. Tymczasem opieka jednego dobrego mentora sprawia, że można więcej wypracować. Częste zmiany mogą doprowadzić do szybszego wzrostu wynagrodzeń, ale w dłuższej perspektywie wygrywają długodystansowcy - twierdzi. - Stała praca z jednym klientem sprawiła, że mogłam dogłębnie poznać różne aspekty projektu, który dynamicznie ewoluował - otwieraliśmy nowy system księgowy i rozwijaliśmy wachlarz usług, udoskonalaliśmy procesy - opisuje Ola. Kiedy okazało się, że inna firma ma przejąć "jej" klienta, zdecydowała się pójść za nim. Odpowiadała za przeniesienie całości procesu, czyli przejście 200 osób do nowej firmy. - Było to tym bardziej kuszące, że jako mama nie mogłam sobie pozwolić na długie wyjazdy, a w tym przypadku mogłam doświadczyć transition (patrz słowniczek - przyp. red.) na miejscu, w Krakowie - mówi. Ola dziś zarządza stuosobowym zespołem, w tym trzydziestoma osobami pracującymi w Indiach. - Zarządzanie ludźmi na odległość było kolejnym wyzwaniem, tym bardziej że po raz pierwszy tak mocno odczułam różnice kulturowe. Dla Hindusów kobieta stoi dość nisko w hierarchii, więc na początku mnie nie słuchali. Mówili, że coś zrobią, po czym wszystko żyło własnym życiem. Teraz mamy wypracowane relacje, chociaż wciąż obowiązuje zasada ograniczonego zaufania - opowiada.

Czego Ola, Dominika i Mateusz nauczyli się w korporacjach? - Pracy w obcym języku. Pracy, a nie rozmawiania sobie przy stole, ponadto otwartości na innych oraz proaktywnej postawy - zaczyna Mateusz. Dominika kładzie akcent na kompetencje miękkie: budowanie dobrych relacji z klientem, umiejętność szybkiego rozwiązywania problemów czy rozpatrywania reklamacji, a także łatwość komunikacji i dobrej współpracy w międzynarodowym środowisku. Natomiast Ola zwraca uwagę na zarządzanie ludźmi i asertywność w stosunku do klienta. - Często boimy się powiedzieć zleceniodawcy: "nie", tymczasem trzeba być miłym, ale jednocześnie twardym i zdecydowanym. Jeżeli chodzi o zarządzanie ludźmi - to bywało trudne, bo nie zawsze nagradza się pracowników, czasem trzeba też kogoś upomnieć - zamyśla się Ola.

Korporacje stwarzają szerokie możliwości awansu, ale żeby naprawdę z nich skorzystać, trzeba wykazać się pro aktywną postawą i nie bać się zmian, bo tylko dzięki nim rozwój jest możliwy.

Anna Tomczyk

Artykuł pochodzi z kategorii: Kategoria główna

Więcej na temat:szkolenia | korporacja
POLECANE zwiń